Jednym z największych osiągnięć ludzkości jest opuszczenie własnej planety i wyjście w przestrzeń kosmiczną. Co prawda na razie dolecieliśmy niedaleko – jedynie na Księżyc – ale dalsze podróże nie są czymś nierealnym. Jednak początki podbijania kosmosu nie były łatwe. Wielu ludzi nie wierzyło, że jest to w ogóle możliwe. Na szczęście byli też i tacy, dla których był to główny cel życia. Historia sprawiła, że po zakończeniu II wojny światowej stanęli po przeciwnych stronach żelaznej kurtyny, a „zimna wojna” wraz z jej wyścigiem zbrojeń dała impuls i niezbędne środki do tego, aby sen o podboju kosmosu stał się realny. Właśnie o początkach ery kosmicznej opowiada książka Matthew Brzezinskiego „Wschód czerwonego księżyca”.
Historia rozpoczyna się w pokonanej w 1945 roku III Rzeszy gdzie program rakietowy był najbardziej zaawansowany spośród wszystkich państw biorących udział w tej wojnie. Zwycięscy alianci zamierzali to wykorzystać i przejmowali wszelkie możliwe urządzenia, a także niemieckich inżynierów i zatrudniali ich w swoich programach rakietowych. W zależności od tego, czy inżynier trafił do USA, czy do ZSRR, miał szansę na normalną pracę dla wojska lub w sektorze cywilnym w największej gospodarce świata bądź też lądował w jednym z tajnych radzieckich ośrodków pod kuratelą NKWD i traktowany był jedynie nieco lepiej niż miliony innych więźniów tej instytucji.
Na kolejnych stronach poznajemy tajną rywalizację pomiędzy oboma mocarstwami o to, kto pierwszy wyśle w kosmos satelitę. Była to rywalizacja tylko w pewnym sensie, ponieważ konkurenci nie wiedzieli o postępach drugiej drużyny, a dodatkowo na to wszystko nakładały się zawirowania polityczne w obu krajach, które miały znaczny wpływ na ekipy inżynierów. Politycy nie rozumieli możliwości, jakie dawał podbój kosmosu, nie widzieli też potrzeby, aby wydawać wielkie sumy pieniędzy na to, żeby garstka zapaleńców mogła wysłać w kosmos kawał żelastwa.
Tu dochodzimy do moim zdaniem największej zalety książki. Historia rywalizacji pomiędzy oboma mocarstwami jest mniej lub bardziej znana. Niewiele za to wiadomo o wewnętrznej rywalizacji w obrębie obu państw i o politycznych bojach, jakie toczyły się wokół programów kosmicznych. Dla mnie było to coś zupełnie nowego. Oba programy kosmiczne były prowadzone jakby metodą partyzancką, na uboczu poważnych programów międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Wysłanie obiektów w kosmos było tylko odpryskiem od tych głównych badań. Naukowcy uciekali się do przeróżnych sztuczek, aby wpłynąć na polityków, a w skrajnych przypadkach nawet ich oszukiwać, aby umożliwiali kontynuację programów kosmicznych. Dość powiedzieć, że rakieta, która wyniosła w kosmos pierwszego amerykańskiego satelitę, była zbudowana w całkowitej tajemnicy przed władzami wojskowymi, a te, gdyby dowiedziały się o prowadzonych przy niej pracach, mogłyby wsadzić wszystkich za to odpowiedzialnych do więzienia. W owym czasie armia nie miała prawa zajmować się tak wielkimi projektami rakietowymi, których zasięg przekraczałby 200 mil. W ZSRR z kolei genialny konstruktor Korolow, który akurat miał problemy z zaprojektowaniem odpowiedniej osłony dla głowicy atomowej, aby ta nie spaliła się przy ponownym wejściu do atmosfery, zrobił z podboju kosmosu temat zastępczy i kupił sobie u polityków czas. Realizował swoje marzenie, a jednocześnie nie musiał obawiać się problemów z osłonami, bo jego rakiety na ziemię miały po prostu nie wracać. Zyskał w ten sposób dużo czasu na dalsze badania na felerną osłoną głowicy.
Autor zdecydował się na mieszaną formę swojej książki. Przez większość czasu prowadzi normalną narrację, jednak wiele razy jego styl opowiadania zamienia się w powieść historyczną. Często oddaje też głos swoim bohaterom. Musze powiedzieć, że świetnie się to sprawdza. Nie jest to najlepsze porównanie, ale przypomina mi to film „Good Night and Good Luck”, film współczesny, ale zrealizowany w sposób, w jaki się to robiło w latach 50. Gdyby ktoś chciał kiedyś zekranizować opowieść Brzezinskiego byłaby to idealna do tego forma. Sprawna narracja i fabularyzowana forma sprawiają, że czytanie jest bardzo przyjemne i ciężko się od książki oderwać przed zakończeniem, mimo, że wynik znamy z historii.
„Wschód czerwonego księżyca” został wydany nakładem wydawnictwa Znak, co oznacza, że mamy do czynienia z wydaniem najwyższej jakości. Wszystko jest na swoim miejscu: ładna twarda okładka z obwolutą, korekta, która nie przepuściła błędów i literówek. Trochę szkoda, że w książce nie ma żadnych zdjęć, jednak zainteresowanych takowymi zachęcam do odwiedzenia naszej galerii, gdzie znajdziecie trochę materiałów poświęconych temu okresowi – przynajmniej ze strony ZSRR. Jedyne uwagi, jakie mogę mieć do redakcji, to zachowanie nazwy radzieckiego bombowca zaprojektowanego przez Miasiszczewa w formie Mya-4, zamiast poprawnej M-4. W oryginale autor pewnie chciał przez analogię z innymi radzieckimi samolotami nazwał go od skrótu nazwiska, jednak uczynił to błędnie. Druga sprawa to nie błąd, ale uwaga. Kiedy mowa jest o przywódcy Korei Północnej, pozostawiono formę Kim Il Sung – wiem, że jest poprawna, ale znaczniej bardziej popularna i rozpowszechniona w Polsce jest form Kim Ir Sen i moim zdaniem lepiej by było użyć tej właśnie.
Książka nie ma wyraźnie sprecyzowanego odbiorcy. Znajdą w niej coś ciekawego zarówno ci, którzy szukać tam będą informacji o początkach podboju kosmosu, jak i ci, dla których wyzwanie to było jedynie elementem starcia pomiędzy dwoma supermocarstwami, a interesuje ich przede wszystkim „zimna wojna”. Potraktować ją można także jak zwykłą powieść sensacyjno-historyczną i w takim wypadku jej lektura przyniesie wiele przyjemności. Zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję.