Korea Północna jest najbardziej zamkniętym państwem na świecie. Na tamtejszym lotnisku międzynarodowym lądują jedynie samoloty narodowego przewoźnika, wycofał się nawet Aerofłot. Stopień inwigilacji i terroru tam panującego porównać można chyba jedynie do wielkiego terroru stalinowskiego. Jeszcze parę lat temu z powodu klęski głodu mieszkańcy zjadali korę z drzew i wszystko, co tylko się dało, a dzisiaj państwo to straszy sąsiadów bronią jądrową. Fascynujący i nieprzewidywalny kraj budzi ciekawość na świecie, ale dostęp do jakichkolwiek informacji wybiegających poza oficjalną propagandę nie jest łatwy. Trudno też go poznać w czasie tygodniowej wycieczki, gdzie wszystko jest ustawione pod znajdujących się pod ciągłą obserwacją turystów. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się wydanej przez Znak książce „Pozdrowienia z Korei”.

Autorka jest amerykańską pisarką pochodzenia południowokoreańskiego i kilkukrotnie przy różnych okazjach odwiedzała Koreę Północną, w tym z okazji słynnej wizyty orkiestry Filharmonii Nowojorskiej. Opisywany w książce pobyt był jednak czymś zupełnie unikalnym i niepowtarzalnym. Oto grupa protestanckich misjonarzy za zgodą tamtejszych władz założyła na przedmieściach Pjongjangu uniwersytet, w którym Suki Kim została zatrudniona jako nauczycielka języka angielskiego. Kilkumiesięczne pobyty na dwóch semestrach dały jej niezwykłą i niepowtarzalną szansę na poznanie Korei Północnej od zupełnie innej strony niż jest to możliwe na zorganizowanych wycieczkach.

W odróżnieniu od recenzowanej u nas ostatnio książki „Tydzień w Korei Północnej” u Suki Kim na 330 stronach nie przypominam sobie ani jednej humorystycznej sytuacji czy uwagi. Całość przeszyta jest strachem oraz wszechogarniającym terrorem i inwigilacją prowadzącymi do nakładania na siebie autocenzury. Znajdujący się na uniwersytecie studenci byli dziećmi północnokoreańskiej elity, a mimo to nie wiedzieli, czym jest Internet, mieli zakaz opuszczania kampusu, a rodzice – zakaz odwiedzin. Wielu z nich nosiło jeszcze ślady wielkiego głodu sprzed kilku lat. Zajęcia przeplatane były pracami fizycznymi i wartami przy „świątyni dżucze”. Ale i tak mieli szczęście, ponieważ w tym czasie wszystkie inne uniwersytety w kraju został na polecenie Kim Dzong Ila (Autorka uczyła jeszcze za jego życia) zamknięte, a studenci skierowani do pracy na budowach.

Z naszej perspektywy uczenie o tym, czym są narty, że z Paryża do Londynu można dostać się w parę godzin, że w telewizji jest kilkaset kanałów, że trzeba płacić podatki, a Michael Jordan nie gra już zawodowo w koszykówkę, może wydawać się zabawne, ale w tamtejszych realiach zbytnia ciekawość studentów i zbytnie otwarcie wykładowców może oznaczać zesłanie studentów i ich rodzin do obozów pracy, a dla nauczycieli – w najlepszym razie – deportację. Dlatego Autorka przyznaje, że w relacji pomieszała chronologię zdarzeń oraz imiona zarówno uczniów, jak i nauczycieli, aby maksymalnie utrudnić ich identyfikację.

Poza stroną fizyczną tak długi pobyt i codzienny kontakt pozwolił Autorce na poznanie charakteru młodych Koreańczyków. Powstały obraz nie jest jednoznaczny. Z jednej strony byli sumienni, pracowici i koleżeńscy w stosunku do siebie, a z drugiej strony – bez mrugnięcia okiem kłamali, stawali się najlepszymi przyjaciółmi na rozkaz i sięgali po wszelkie metody, by osiągnąć nakazany cel (ściąganie na egzaminach). Wyglądało to tak, jakby całe społeczeństwo pozbawione było moralności, a realizowało jedynie nakazy i zakazy władz bez samodzielnego rozróżnienia, co jest dobre, a co nie.

W książce nie znajdziemy żadnych zdjęć i innych dodatków, ale są one niepotrzebne, ponieważ Autorka nakreśliła Czytelnikom obraz wystarczająco ostry, aby się bez nich obejść. Zabiedzone wioski, wychudli mieszkańcy pracujący w polu, ciągłe problemy z elektrycznością, brak zaopatrzenia – to codzienność najnowszego mocarstwa atomowego. Nie sposób wspomnieć o wszystkim, ale obraz Korei Północnej wyłaniający się z książki jest zupełnie inny niż na popularnych memach z Kim Dzong Unem wizytującym kolejne fabryki czy nauczającym pilotażu.

Mimo że pozornie opowiada o prowadzeniu zajęć z angielskiego na uniwersytecie, „Pozdrowienia z Korei” to jedna z najmocniejszych książek, jakie ostatnio przeczytałem. Przekazuje o życiu w Korei Północnej znacznie więcej niż wszelkie serwisy informacyjne i odsłania kulisy najbardziej przerażającego reżimu świata. Lektura obowiązkowa.

Suki Kim – „Pozdrowienia z Korei”. Przekład: Agnieszka Sobolewska. Znak, 2015. Stron: 336. ISBN: 978-83-240-2744-6.

Suki Kim – „Pozdrowienia z Korei”. Przekład: Agnieszka Sobolewska. Znak, 2015. Stron: 336. ISBN: 978-83-240-2744-6.