Pomysł Andrieja Łazarczuka na powieść „Sturmvogel” był świetny. Dawał potencjał, by stworzyć jedną z najciekawszych opowieści fantasy osadzonych w realiach drugiej wojny światowej. Szkoda, że najwyraźniej przytłoczył samego autora.

Pomysł ów sprowadza się do tego, że oprócz naszego, „zwykłego”, świat istnieje jeszcze drugi, świat mistyczno-magiczny, świat snów i cudów, a pewna grupa ludzi jest w stanie przenosić się między nimi. Kiedy wojna w Dolnym Świecie zbliża się do ostatecznego rozstrzygnięcia, uwaga polityków i służb specjalnych zwraca się ku Górze. Historycznym tłem dla tych wydarzeń są prowadzone przez niektórych nazistów negocjacje w sprawie separatystycznego pokoju z zachodnimi aliantami, a także bombardowanie Drezna, na które zdecydowano się jakoby dlatego, iż Niemcy dokonali w tym mieście odkrycia mogącego mieć kluczowe znaczenie dla losów Górnego Świata.

Co więc nie gra? Otóż z perspektywy zwykłego Czytelnika rzecz wygląda tak:

„Sturmvogel” zaczyna się sceną osadzoną w roku 1934. Grupa Niemców, wśród nich tytułowy bohater Erwin Sturmvogel, uczestniczy w pewnym dziwnym eksperymencie dotyczącym chyba czegoś w rodzaju skanowania umysłów, w czasie którego ludzie zmieniają się w ptaki i są pożerani przez pająki. W tym momencie Czytelnik wie o Górnym Świecie tylko tyle, ile przeczyta na ostatniej stronie okładki, a tam nie dowie się wiele. Musi więc poruszać się po omacku, podczas gdy akcja prze naprzód, a pierwsze wytłumaczenie na temat natury połączenia między Górą a Dołem dostaje dopiero na 75. stronie. Zasady rządzące światem przedstawionym pozostają jednak wówczas wciąż w dużej mierze nieodkryte i Czytelnik musi je odkrywać samodzielnie. Powinno to oczywiście być zaletą, lecz nie jest, gdyż autor chyba z premedytacją owo odkrywanie utrudnia. A tymczasem na zawiłości świata przedstawionego nakładają się zawiłości afery szpiegowskiej – i to podwójnej, a może nawet potrójnej – i Czytelnik zaczyna się gubić. Sprawy wcale nie ułatwia fakt, iż bohaterów drugoplanowych jest gdzieś tak z tuzin i każdy ma do odegrania jakąś znaczącą rolę; także i to powinno być zaletą, ale w kontekście całej powieści staje się wadą. Czytelnik jest po prostu przytłoczony powieścią mniej więcej w takim samym stopniu, w jakim autor był przytłoczony pomysłem; tyle tylko że Czytelnik zdaje sobie z tego sprawę aż nadto boleśnie, autor zaś chyba tego nie zauważył.

Nie można jednak nie dodać, że postaci są barwne i wiarygodne, a i sama intryga – na tyle, na ile byłem w stanie ją zrozumieć – została poprowadzona zgrabnie. Mimo tego efekt tamtych niedociągnięć był taki, że co parę stron pytałem pod nosem: Boże, czego ten facet – autor, znaczy się – ode mnie chce? Łazarczuk (dodajmy dla porządku: urodzony ponad pół wieku temu w Krasnojarsku) dokonał więc sztuki nie lada: napisał powieść, która jest jednocześnie świetna i kiepska.

Wydawnictwu Fabryka Słów największa pochwała należy się za wybór rysownika. Ilustracje Krzysztofa Domaradzkiego są po prostu świetne, dopasowane do powieści nie tylko treścią, ale i cokolwiek surrealistyczną formą (swoją drogą, skoro już o rysunkach mowa: swastyka występuje na okładce w dwóch formach – zwrócona w prawo i w lewo; dlaczego, nie mam pojęcia). Podobnie zaprezentowali się tłumacze, Ewa i Eugeniusz Dębscy – zasadniczo bardzo dobrze, ale nie bez potknięć, choćby S-47 zamiast C-47 (rosyjskie C to bowiem polskie S, a Rosjanie oznaczenia samolotów zachodnich zapisują bardzo często alfabetem łacińskim). Nie mogło też oczywiście zabraknąć łodzi podwodnych.

Błędy takie mają oczywiście mniejszą wagę w literaturze pięknej niż, powiedzmy, u Normana Daviesa, lecz pozostają mimo wszystko błędami. Największym niedociągnięciem pozostaje jednak sposób konstrukcji fabuły. Jeśli autor chciał osiągnąć taki efekt, to jego prawo, ale zamiar był po prostu zły. Jeśli zaś nie chciał, to niestety zepsuł naprawdę ciekawą fabułę, z którą mimo wszystko można by się zapoznać. Ale tylko na własne ryzyko.