Gdybyśmy układali listę państw i rejonów najciężej doświadczonych przez historię, Afganistan bez wątpienia znalazłby się w pobliżu szczytu tabeli. Ten nieatrakcyjny z pozoru obszar zamieszkany przez bitne szczepy góralskie raz po raz wpadał w orbitę zainteresowań możnych tego świata. Sam w sobie nie był może wybitnie pociągający, stanowił jednak trudną do ominięcia drogę, punkt etapowy ekspansji imperialnej. Niejedno mocarstwo nadkruszyło sobie kły, próbując ujarzmić zahartowane górskie ludy, ale w ostatnich dekadach XX wieku – zanim zamachy terrorystyczne w Stanach Zjednoczonych sprowadziły na Afganistan kolejną wojnę – kraj ten kojarzył się światu jednoznacznie: z klęską wojsk sowieckich. A fakt, że w 2001 roku Amerykanie mieli tam talibów do zwalczania, że Usama ibn Ladin znalazł tam kryjówkę, wszystko to w dużej mierze wypływa nie skądinąd, ale właśnie z „ostatniej wojny imperium” sowieckiego.
Moskwa długo nie mogła się zdecydować, czy aby na pewno chce ryzykować wojnę w tym kraju, kiedy jednak sowieckie siły specjalne zlikwidowały tamtejszego prezydenta, nie było już odwrotu. Rozpoczęły się długie lata zmagań z przeciwnikiem niezdolnym, by Sowietów pokonać, ale i niemożliwym do pokonania. Zmagań, które dla Rosjan stały się tym, czym dla Amerykanów był Wietnam. Fakt ten stawia przed każdym Autorem poruszającym taki temat – ten lub podobny, dotyczący czy to Rosjan, czy Amerykanów, czy Polaków lub Filipińczyków – trudność w swej naturze nieomal metafizyczną: wymaga odeń szczególnej wrażliwości, aby wejrzeć w duszę zranionego narodu. Sir Rodric Braithwaite, brytyjski ambasador w Moskwie w newralgicznym okresie na przełomie lat 80. i 90., może twierdzić, że posiadł taką zdolność. Polscy Czytelnicy znają już tego Autora ze świetnej książki „Moskwa 1941”. „Afgańcy” to kolejna książka reprezentująca od lat niezmiennie popularny w Wielkiej Brytanii sposób pisania o historii – z perspektywy prostych ludzi, trybików w machinach wprawianych w ruch przez możnych tego świata. Żołnierze? Oczywiście. Ale także dyplomaci, doradcy wojskowi, personel medyczny…
Książka oparta jest na różnorodnych źródłach – na publikacjach, odtajnionych dokumentach i rozmowach z uczestnikami wydarzeń – ale niestety niemal wyłącznie na źródłach rosyjskich/sowieckich. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jaką trudność stanowiłoby wyciągnięcie na spytki kilku mudżahedinów, aby opowiedzieli o walce z „bezbożnym najeźdźcą”.
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Sowieci w Afganistanie musieli zmagać się z dokładnie tymi samymi problemami, które wiele lat później zarówno tam, jak i w Iraku napotkali Amerykanie i ich sojusznicy. Zresztą nie tylko później, ale i wcześniej, bo w Wietnamie. Weźmy na przykład kwestię dyscypliny i morale, której Autor poświęca na przestrzeni książki sporo miejsca. Nie byłaby to może sprawa tak bardzo interesująca, gdyby nie to, że – jak wyjaśnia Autor – niezbędne w realiach działań zbrojnych stawało się przestrzeganie „zasady – bardzo ważnej dla prawdziwej jedności – dbania o «honor munduru». We wszystkich armiach prowadziło to wielokrotnie do przymykania oka na różne rzeczy oraz tuszowania pewnych faktów, by zapobiec ujawnieniu informacji o zbrodniach popełnionych przez wojsko lub ograniczyć ponoszone konsekwencje” (s. 257). Brzmi znajomo? „Wania Kosogowski […] był pogodnego usposobienia, kolegą lubianym przez wszystkich. […] W jednym domu Kosogowski zauważył małe drzwi i usłyszał dyszących za nimi ludzi. Nad drzwiami znajdowała się niewielka szczelina. Wyjął granat, wyciągnął zawleczkę, wrzucił go do dziury i po wybuchu oddał całą serię ze swojego karabinu maszynowego. Kiedy przewrócił drzwi kopnięciem, zobaczył swoje dzieło. Leżała tam zabita stara kobieta, młodsza kobieta wciąż jeszcze oddychała, obok niej leżało siedmioro dzieci w wieku od roku do pięciu lat, niektóre jeszcze się poruszały. Kosogowski opróżnił magazynek, strzelając w kierunku poruszającej się masy, i rzucił w nią jeszcze jeden granat” (s. 260–261). Myślę, że wskazywanie współcześniejszych analogii jest zbędne.
Wyjątkowo ciekawe są informacje o tym, jak nieprzystosowana była sowiecka armia i jak na bieżąco usiłowała się przystosowywać. Znamy to i my, Polacy – z medialnych doniesień a to z Afganistanu, a to z Iraku. Znamy zjawisko in toto, znamy też poszczególne jego aspekty. Od Braithwaite’a dowiemy się na przykład, że sowieccy żołnierze, jadąc BMP, „często woleli jechać na zewnątrz: byli narażeni na kule, ale jeśli pojazd wjechał na minę, mieli jakąś szansę – mogli spaść na ziemię i przeżyć” (s. 227). Brzmi znajomo? Teraz to są „ajdiki”, radę na nie stanowią zaś MRAP-y, lecz z zagrożeniem tego typu, jak widać, zmagali się także sowieccy żołnierze i dla nich również ładunki wybuchowe były zagrożeniem bardziej przerażającym niż karabinowe kule.
Skoro o uzbrojeniu mowa, nie mogło – jasna sprawa – zabraknąć Stingerów. Chyba żadna inna broń, ani AK, ani Mi-24, nie kojarzy się z Afganistanem równie mocno jak te amerykańskie rakiety przeciwlotnicze oznaczone niepozornym skrótowcem FIM-92. Ich debiut bojowy przypadł wprawdzie na wojnę falklandzką, ale to na zboczach Hindukuszu wypracowały sobie miejsce w powszechnej świadomości. Po raz pierwszy użyto ich przeciwko Sowietom 26 września 1986 roku, kiedy to „wyszkolony w Związku Sowieckim inżynier o nazwisku Ghaffur zestrzelił trzy helikoptery Mi-24 lądujące w Dżalalabadzie” (s. 233). Rakiety te wymusiły na okupantach całkowite odmienienie podejścia do działań lotniczych, jednakże jak twierdzi Autor, pomimo zadanych przez Stingery niebagatelnych strat, „w źródłach sowieckich nie pojawił się żaden przekonujący dowód na to, że Stingery wpłynęły na proces podejmowania decyzji politycznych w Moskwie lub że spowodowały coś więcej niż tylko bezpośredni taktyczny skutek w odniesieniu do prowadzonych przez Sowietów operacji wojskowych. Gorbaczow podjął decyzję o wycofaniu się z Afganistanu rok przed odpaleniem pierwszych Stingerów” (s. 236). Mit o Stingerach zmuszających wojska sowieckie do opuszczenia Afganistanu okazał się więc tylko mitem.
Takich obalanych przez Braithwaite’a mitów i stereotypów jest zresztą w „Afgańcach” wcale sporo. Na przykład ten, że obywatele Związku Sowieckiego w ogóle nie wiedzieli, co się dzieje w Afganistanie, że nie mieli pojęcia, iż toczy się tam wojna i ludzie giną całymi dziesiątkami i setkami. Mit ten powtarza i utrwala na przykład słynny pisarz Kir Bułyczow w świetnym opowiadaniu „Wspólna wola narodu radzieckiego”: „O trzęsieniu ziemi w Aszchabadzie dowiedziałem się dwadzieścia lat po zagładzie miasta. A o wojnie w Afganistanie – dopiero, gdy nasze wojska zaczęły się stamtąd wycofywać. Przez cały czas myślałem, że udzielamy tam bezinteresownej pomocy, dostarczając artykuły spożywcze i przemysłowe” (Nowa Fantastyka 10/97, przekład Ewy Skróskiej). Tymczasem Braithwaite powiada: nieprawda! I tak dalej, i tym podobne.
Jakość tej książki, zarówno merytoryczna, jak i literacka, nie może budzić wątpliwości. Jest to nie tylko opowieść o losach żołnierzy w trakcie wojny i po niej, nie tylko o tragedii narodów Związku Sowieckiego i Afganistanu, ale i o praktycznych aspektach konfliktów asymetrycznych. Wydawca na swojej stronie internetowej krzyczy pogrubioną czcionką: „Szkoda, że tej książki nie można było przeczytać, zanim zaangażowaliśmy się w afgańską wojnę!”. I tak byśmy się w nią zaangażowali, podobnie jak w wojnę iracką, jedna książka Sir Rodrica – przy całym szacunku dla jego dyplomatycznych zasług – niczego by nie zmieniła w tej kwestii i niemal na pewno nie zmieniłaby też niczego w kwestii przygotowań naszych żołnierzy do misji. Każdy, kto wie, jak na przestrzeni tych lat wyglądało adaptowanie nowych rozwiązań w naszych siłach zbrojnych i kontyngentach, wie też, jak niewiele wynikłoby ze zlecenia lektury tej książki (gdyby wówczas istniała) choćby nawet wszystkim posłom i senatorom oraz wszystkim oficerom Wojska Polskiego.
Jako ostrzeżenie dla Amerykanów i NATO ta książka to musztarda po obiedzie. Ale nie taki był cel jej powstania. Au contraire, Braithwaite nie pisał z myślą o amerykańskich żołnierzach. Pisał z myślą o Rosjanach, do których odnosi się z wielkim szacunkiem i sympatią. Pisał też z myślą o Afgańczykach, by pokazać światu traumatyczne doświadczenia tamtejszego społeczeństwa. Pisał, napisał – a ja przeczytałem. I pewnie wrócę do „Afgańców” jeszcze niejeden raz.