Odkąd David Stirling rozpoczął w 1941 roku formowanie sił specjalnych Armii Brytyjskiej – późniejszy Special Air Service – szeroko pojęci komandosi stali się niezbędną częścią sił zbrojnych niemal każdego szanującego się państwa. Smutna prawda jest wszakże taka, że im bardziej elitarna jest dana jednostka, tym częściej jej związki z politykami i generałami kwalifikują się do kategorii związków mocno toksycznych. Dość wspomnieć co najmniej podejrzane manewry ministra Pałubickiego wokół naszego GROM-u; pan minister przynajmniej miał tyle honoru, aby przeprosić, gdy okazało się, że jego zarzuty pod adresem JW 2305 nie miały nic wspólnego z prawdą, ale co narobił szkód, to narobił.

I marne to pocieszenie, że nie tylko w Polsce dzieją się takie cyrki. Starcia z ludźmi na wyższych szczeblach władzy – politykami, generałami i admirałami – stanowią niebagatelną część wspomnień Richarda Marcinki, ni z gruchy, ni z pietruchy zatytułowanych w polskiej edycji „Komandos”, podczas gdy w oryginale brzmi on „Rogue Warrior”, czyli mniej więcej „Niepokorny wojownik”1. Ale też uwaga do polskiego tytułu – wymuszonego zapewne względami marketingowymi, co doskonale rozumiem, ale wcale się nie zgadzam, bo czy „Niepokorny wojownik” brzmi źle? – jest właściwie jedynym krytycznym spostrzeżeniem, jakie mogę zgłosić. Zacznijmy jednak po kolei, bo jeśli będziemy tak skakać z kwiatka na kwiatek, zaraz uśmiechnie się do nas „pan Murphy”, autor osławionych praw i bodaj główny bohater negatywny „Komandosa”.

A skoro po kolei, to należą się Czytelnikom na początek dwa słowa wyjaśnienia, kim jest ów tytułowy komandos/samotny wojownik. Pochodzi z – jak sam mówi – „złej katolickiej rodziny” (s. 81), wychował się w Pensylwanii i jako osiemnastolatek wstąpił do US Navy. Pełnię talentu pokazał w Wietnamie, gdzie trafił już jako „Foka”. Poirytowany niekompetencją, nadmierną ostrożnością, a niekiedy wręcz tchórzostwem innych oficerów, wziął się za Wietkong po swojemu – ostro, wbrew wszelkim możliwym procedurom, ale bez wątpienia skutecznie. Nie w skali strategicznej, rzecz jasna, bo co poradzi kilku czy kilkunastu komandosów, lecz ile mogli, tyle zrobili.

Po Wietnamie Marcinko dalej robił karierę w siłach specjalnych US Navy i w dyplomacji („ataszował” w ambasadzie w Phnom Penh), ale drabina, po której się wspinał, nie była bynajmniej opleciona różami. Wręcz przeciwnie, wciąż zalewał sadła za skórę admirałom i robił swoje najlepiej, jak potrafił, czego efektem był słynny SEAL Team 6, późniejszy DEVGRU, a teraz… cholera wie, bo nowa nazwa oddziału – ponoć ma nową – jest utajniona. Gdy jego wrogowie – marynarze z gwiazdkami na pagonach oraz lachociągi jedne, kutasy-urzędasy (to słowa samego Dicka Marcinki, ja tylko przytaczam…) – w końcu wysiudali go ze stanowiska, stworzył Red Cell, na której czele sprawdzał poziom zabezpieczeń amerykańskich baz wojskowych i placówek dyplomatycznych. Tutaj mógł z pełną premedytacją i w majestacie prawa upokarzać niemalże każdego, z Tajną Służbą i dowódcą bazy okrętów podwodnych na czele. Był też w Libanie, aby sprawdzić, jak odporna jest tamtejsza ambasada na zagrożenie ze strony terrorystów. Ocenił, że praktycznie wcale. Jak twierdzi, przekazał swoje uwagi odpowiednim osobom, ale ponieważ zaproponowane przezeń rozwiązania stanowiłyby zagrożenie dla postronnych Libańczyków, zostały odrzucone. Niedługo potem, w kwietniu 1983 roku, zamach faktycznie nastąpił. Zginęło 61 osób, a ponad sto zostało rannych.

Wrogowie Marcinki w końcu dobrali mu się do skóry. Przeprowadzono dochodzenie i postawiono go przed sądem w związku z rzekomymi nieprawidłowościami przy zakupie sprzętu (co ciekawe, Pałubicki uderzył w GROM w ten sam sposób). Efekt – grzywna i niemalże dwa lata więzienia. To właśnie tam zaczął pisać „Komandosa”. Z marynarki odszedł jeszcze przed procesem, w randze komandora porucznika, z naręczem odznaczeń, w tym ze Srebrną Gwiazdą, ale bez Purpurowego Serca, które sam uznaje za odznaczenie wyróżniające raczej umiejętności żołnierzy nieprzyjaciela. I trudno odmówić mu tutaj pewnej racji.

Zresztą w czasie lektury Czytelnik przekona się, że w ogóle często trudno odmówić mu racji. Styl narracji Demo Dicka jest rubaszny i potoczysty, można odnieść wrażenie, że plecie, co mu ślina na ozór przyniesie, lecz wcale tak nie jest. Opinie i uwagi Autora są nie dość, że przemyślane, to jeszcze głębokie i osobiste. Pisząc wspomnienia, Marcinko przyjął postawę „pieprzyć to, skoro już się uzewnętrzniam, to na całego” – i tak właśnie postąpił.

Nie jest to lektura dla ludzi uczulonych na arogancję i przerost ego. Marcinko potrafi spojrzeć krytycznie na własne postępowanie, potrafi przyznać, że to czy tamto powinien był zrobić inaczej, przyznaje też, że nie był dobrym mężem i ojcem (pisze o tym tak często, że chyba ma wyrzuty sumienia z powodu rozpadu małżeństwa i wypominaniem tego samemu sobie wydaje się odprawiać publiczną pokutę), z masochistyczną lubością kpi też z własnego „poczucia nieśmiertelności”, całkowicie złudnego przekonania, że ani kula nieprzyjaciela, ani intrygi kolegów-oficerów nie są w stanie go drasnąć, ale jednocześnie ukazuje samego siebie jako wzór żołnierza i wojownika, doskonałego organizatora, wizjonera, przeciw któremu sprzysięgły się złe siły tego świata. Rzec by można: po pierwsze Marcinko ma zawsze rację, po drugie, jak nie ma racji – patrz punkt pierwszy.

I choć czasami Czytelnik miałby ochotę trzasnąć gościa łomem w nos, nie da się ukryć, że Marcinko ma talent do opowiadania. Spora w tym pewnie zasługa jego ghostwritera, Johna Weismana, ale cóż z tego – liczy się finalny produkt. Jest przy tym książką porządnie, rzetelnie przetłumaczoną. Jest kilka drobnostek, do których mógłbym się przyczepić (lubię się czepiać drobnostek), ale niech już tam. A właśnie, coś jeszcze nie podoba mi się w polskim wydaniu. W sumie drobiazg, ale drobiazg, który byłby banalnie łatwy do naprawienia. Otóż nie podoba mi się okładka, na której widnieje żołnierz we współczesnym mundurze z kamuflażem pikselowym (jest to zapewne MARPAT lub ACUPAT). No i jest strasznie anonimowa, oderwana od treści. Gdyby nie to, że stronice by się rozleciały, sam chętnie bym ją oderwał. Albo nie, wiem, co zrobię. Wydrukuję sobie okładkę „Rogue Warrior” z Amazona czy skądinąd – tę okładkę, z której Marcinko łypie na Czytelnika z miną w stylu „zrobię ci z dupy jesień średniowiecza” – i nakleję na to czarno-białe, pikselowate coś. Pieprz się, polska okładko (tak, to też z prawie cytat z Autora).

Na szczęście przy czytaniu nie widzi się okładki. A kolejne rozdziały mijają błyskawicznie, prawie jak w niezłej powieści. Marcinko pisze właściwie o wszystkim: o szkoleniu, o walce, o tym, jak przypadek czy drobne z pozoru niedopatrzenie mogą kosztować życie wielu ludzi, o formalnościach, które w jego narracji jawią się jako coś nawet gorszego niż Wietkong. Kto wie, czy to nie właśnie tę część „Komandosa” należałoby uznać za najciekawszą i najbardziej wartościową. I czasami człowiek myśli: „Psiakrew, zupełnie jak w Polsce, tu też mamy takie biurwy”. Rzecz jasna, trzeba brać poprawkę na to, że mamy do czynienia ze wspomnieniami, a tym samym ubarwianie i konfabulowanie może być na porządku dziennym. W porządku, zredukujmy narzekania Autora o pięćdziesiąt procent – i tak w niektórych momentach włos się jeży na głowie. Podobnie jak wtedy, gdy Marcinko przyznaje, że przemycał broń palną na pokład samolotów.

„Komandos” 30% taniej – skorzystaj z ostatnich kodów rabatowych na zakup książki! Zdobądź kod rabatowy uprawniający do zakupu książki „Komandos” Richard Marcinko za 27,93 zł, 30% taniej niż w zwykłej księgarni!

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Nie mam co do tego wątpliwości: warto, wręcz należy. Z opublikowanych dotąd nad Wisłą książek wspomnieniowych o amerykańskich siłach specjalnych ta jest najlepsza. I najbardziej osobista, niemal jakby Autor siedział obok Czytelnika w knajpie i opowiadał mu swoje życie. Autora wyraźnie boli to, że jego ojczyzna nie potrafi docenić, iż zawsze ze wszystkich sił starał się działać dla jej dobra. Może nie zawsze miał rację, ale zawsze się starał, trudno co do tego mieć wątpliwości. I stąd jego ogromny, choć ukryty pod grubą warstwą cynizmu, żal. Pamiętacie film „Rambo II”? Pamiętacie końcowe sceny tego filmu? Nie tę ze śmigłowcami, ale konfrontację z Murdockiem i rozmowę z Trautmanem2 – pamiętacie? John Rambo z tych dwóch scen jest właśnie Dickiem Marcinką. A może to Marcinko jest Johnem Rambo?

Przypisy

1. Rogue to po angielsku także ‘samotnik’ czy ‘kawał drania’, co również doskonale pasuje do Autora.

2. Kto nie pamięta: youtube.com/watch?v=_-gYV6-YHjw.