Nazwisko Petera Englunda nie jest nad Wisłą zupełnie obce, książki Szweda były już publikowane w Polsce, jedną z nich miałem nawet przyjemność recenzować. Kto ją czytał, ten mniej więcej wie, czego spodziewać się i po tym dziele. Englund zalicza się do historyków-humanistów – nie w tym sensie, w jakim odróżnia się „humanistów” od „ścisłowców”, rzecz jasna, lecz w sensie filozoficzno-kulturowym, interesuje go przede wszystkim wpływ wojny (i procesów historycznych w ogólności) na człowieka i na człowieczeństwo.

Wbrew temu, co zdaje się sugerować tytuł, Autor nie będzie wmawiał Czytelnikom, że wojna to cudowna rzecz, wymarzona przygoda dla każdego chłopaka i każdej dziewczyny z dobrego domu. Pokaże nam jednak, że u progu pierwszej wojny światowej tak właśnie postrzegano rozpoczynający się konflikt – młodzi żołnierze rwali się do walki, szukali wszelki legalnych i nielegalnych sposobów, aby trafić do jednostek, które jako pierwsze wyruszą na pole bitwy. Rzeczywistość szybko weryfikowała idealistyczne wizje. Okazywało się, że piękna ani na lekarstwo, za to szybko pojawiał się smutek. A także ból, strach, rozgoryczenie, a dla bardzo wielu – śmierć.

Englund poszedł jeszcze o krok dalej z coraz bardziej modną ostatnimi czasy tendencją do opisywania historii z perspektywy ludzi, a nie wydarzeń. W tej książce wydarzenia znane z podręczników historii praktycznie się nie pojawiają, a jeśli już, to w tle, zazwyczaj bardzo głębokim. Na pierwszy plan z zasadniczo niespotykaną mocą, wysuwają się uczestnicy wydarzeń, zwykli ludzie porwani przez wiry Dziejów. Nie wszyscy są, rzecz jasna, ludźmi anonimowymi, wśród dwudziestu bohaterów książki mamy między innymi Willy’ego Coppensa, jednego z najsłynniejszych pilotów Wielkiej Wojny, czy Rafaela de Nogalesa, wenezuelskiego poszukiwacza przygód i najemnika.

Czy jest to historia pierwszej wojny światowej? Nie. Kalendaria na początku makrorozdziałów – po jednym dla każdego roku – pozwalają tylko zorientować się w porządku wydarzeń. Informacji o militarnym i politycznym aspekcie konfliktu szukać trzeba zdecydowanie gdzie indziej. Tutaj śledzić będziemy epizody z życia ludzi, których Autor zechciał nam przedstawić. Wraz z żoną polskiego szlachcica przekonamy się, czym było przejęcie średniej wielkości miasta przez siły zbrojne nieprzyjaciela. Oczami dwunastoletniej Niemki zobaczymy następujące w miarę rozwoju wojny zmiany w społeczeństwie. Wraz z pewnym marynarzem śledzić będziemy podobne zmiany w nastrojach Kaiserliche Marine. Trafimy też do szpitala psychiatrycznego, do samolotu (z Coppensem), a także do okopów. Chociaż bynajmniej nie „przede wszystkim” do okopów.

Englund dokonał bowiem dwóch rzeczy. Po pierwsze: zaprezentował wojnę z praktycznie niespotykanej perspektywy, a także w rzadko spotykanej formie impresji, nie ciągłej narracji. Po drugie zaś: pokazał Czytelnikom Wielką Wojnę w sposób oderwany od stereotypów, a przecież jednym z nich, kto wie, czy nie najpowszechniejszym, jest właśnie ten o wojnie toczącej się w okopach i tylko w okopach. Holistycznym spojrzeniem na Wielką Wojnę utarł też nosa panom Neibergowi i Jordanowi, którzy jakiś czas temu okryli się niesławą jako historycy, pisząc zupełnie beznadziejną książkę o działaniach na froncie wschodnim. Englund pokazał, że nie trzeba być Polakiem czy Rosjaninem, aby docenić znaczenie tego teatru działań wojennych oraz intensywność i brutalność toczonych tu walk. Szkoda tylko, że w paru zaledwie zdaniach zbywa bitwę jutlandzką, w której jeden z jego bohaterów brał udział. Mimo że nierozstrzygnięta, mimo że bez głębszego wpływu na ostateczny wynik wojny – jako jedyne w całej wojnie starcie okrętów liniowych zasługiwała na szerszy opis.

Na wysoką ocenę zasługuje także przekład Emilii Fabisiak, wcale zgrabny i przyjemny w odbiorze, niestety jak zwykle nie do końca wypolerowany pod względem merytorycznym. Najbardziej irytujące były chyba nieraz powtarzane „statki powietrzne”, przez który to termin rozumieć mamy sterowce. Źródło tego błędu nie budzi wątpliwości, mamy tu do czynienia z typowym „fałszywym przyjacielem”. Otóż nasz „statek powietrzny” – a więc zasadniczo każda maszyna, która może samodzielnie latać – to po szwedzku flygmaskin, tymczasem szwedzki luftskepp – co dosłownie faktycznie oznacza „statek powietrzny” – tłumaczy się na polski jako sterowiec. I tyle.

Jako się rzekło, Peter Englund nie jest historykiem anonimowym. W ojczyźnie zapracował już na status, który można chyba nazywać sławą. Poza Szwecją wszakże jego nazwisko nie odbiło się dotąd szerokim echem. Także w Polsce wiele mu brakuje do sławy historyków (naukowców i popularnonaukowców) takich jak Antony Beevor, Richard Overy czy Alex Kershaw, nie wspominając już nawet o Normanie Daviesie. Mam głęboką nadzieję, że ta książka wywinduje 54-letniego Szweda na szczyty nie tylko lokalne, ale i międzynarodowe. Ni jest bowiem przełomowa, jak twierdzą niektórzy, ale z pewnością oryginalna, oparta na solidnej bazie źródłowej, a przede wszystkim ciekawa i bardzo wartościowa.

220 krótkich, czasami wręcz króciutkich rozdziałów daje bowiem niecodzienny, sporządzony z wielkim rozmachem ogląd Wielkiej Wojny. Przypomina, że wojna to nie liczby, nie strzałki na mapach, nie dane taktyczno-techniczne broni. Wojna to ludzie. Ludzie z bronią w ręku i ludzie za linią frontu. Wojna tych ludzi zmienia, podobnie jak przewraca do góry nogami ich świat. Dla większości jest bezprecedensową i niespodziewaną tragedią, nawet jeśli wynagradza ich trud orderami i łupami wojennymi – na to wszakże liczyć mogą tylko żołnierze, a i dla nich jest to zwykle wątpliwa nagroda.