Podczas gdy my w Polsce najwięcej uwagi poświęcaliśmy w tym roku obchodzeniu siedemdziesiątej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej, to nie jestem przekonany, czy mimo obecności wielu ważnych osób ze świata polityki na uroczystościach w Gdańsku ta informacja przebiła się do powszechnej świadomości społeczeństw zachodnich, a szczególnie Amerykanów. Oni jednak z pewnością świętowali za to inne wydarzenie, również z czasów ostatniej wojny światowej, sześćdziesiątą piątą rocznicę lądowania aliantów w Normandii – D-Day. Oczywiście i ta rocznica była u nas odnotowana przez osoby będące choćby nieco tylko zainteresowane tym tematem. Z pewnością nie bez związku z tą rocznicą pojawiła się na rynku wydawniczym książka „Niemcy w Normandii”.
Autor jest brytyjskim dziennikarzem i historykiem. Był korespondentem wojennym w czasie ostatniej wojny w Iraku, a obecnie pracuje w redakcji oficjalnego czasopisma Royal Navy. Ma w dorobku także niewydaną jeszcze w naszym kraju książkę o kampanii wrześniowej 1939 roku. Nietrudno się zorientować, jaki temat porusza omawiana tutaj pozycja. Są to wydarzenia związane z alianckim desantem we Francji widziane oczami Niemców. Nie jest to zbyt popularna perspektywa. Powstało wiele opracowań tego tematu, bo D-Day jest w państwach zachodnich traktowany jako jedno z najważniejszych wydarzeń drugiej wojny światowej i doczekał się bogatej literatury, jednak przeważająca część tych opracowań była albo ogólna, albo przedstawiała wydarzenia oczami aliantów. Jedyna książka, którą kojarzę, również na pierwszym miejscu stawiająca działania Niemców, to recenzowane także u nas „Stalowe piekło” Michaela Reynoldsa, do którego zresztą „Niemcy w Normandii” są bardzo, ale to bardzo podobni.
Właściwie jedyną poważną różnicą, jaką można pomiędzy oboma tytułami dostrzec, jest skala. Tam, jak pamiętamy, autor skoncentrował się na działaniach I Korpusu Pancernego SS, o działaniach innych jednostek piszący tylko w zakresie niezbędnym. Tutaj znalazł się opis działań całości niemieckich sił zbrojnych na tym obszarze. I to właściwie koniec różnic.
Podobieństw jest znacznie więcej. Pomijając już tematykę i obszar Normandii, obie książki napisano w takim samym stylu, to znaczy: oprócz typowej dla książek historycznych narracji, obie opierają się w dużej mierze na relacjach naocznych świadków wydarzeń. Podobnie jak to było u Reynoldsa, i tutaj znajdziemy wiele osobistych relacji czy wspomnień. Poza samymi działaniami bojowymi autor szeroko opisuje także to, co działo się na zapleczu frontu i wiele spraw, które nie były bezpośrednio połączone z walką. Pod tym względem książka upodabnia się nie tylko do „Stalowego piekła”, ale i do „Obywateli w mundurach”. Sprawia to, że choć znajdziemy na kartach książki większość rzeczy, które powinniśmy czy chcielibyśmy wiedzieć o bitwie w północnej Francji, to na pierwszym planie znajdują się zwykli żołnierze i oficerowie, a ruchy i walki anonimowych batalionów, pułków czy dywizji są jakby w tle. Takie przynajmniej mam odczucie.
Podobieństwa znajdziemy nie tylko w treści. Te, skoro obie książki mówią z grubsza o tym samym i w ten sam sposób, są niejako oczywiste. Wynika to też z faktu, że obaj autorzy musieli siłą rzeczy korzystać z tych samych źródeł, a ponieważ Reynolds ze swoją książką był pierwszy, także i jego praca znalazła się w bibliografii „Niemców w Normandii”. Co mnie zaskoczyło, to nawet podobieństwa w technicznej stronie wydania książki Rebisu. Wydawnictwo to wszystkimi poprzednimi książkami z serii Historia przyzwyczaiło swoich czytelników do pewnego stylu, który ogólnie mówiąc, polegał na tym, że wszystkie przypisy i cała bibliografia znajdują się na końcu książki, a w tym wypadku złamano tą zasadę i chociaż bibliografia ciągle znajduje się na końcu, czyli tam gdzie jest jej miejsce, to już przypisy zostały rozwiązane w dosyć nietypowy sposób, bo umieszczono je na końcu każdego rozdziału. Jest to rozwiązanie niezbyt często spotykane, ale identyczne znajdziemy w książkach Reynoldsa. Ciekaw jestem, czy Richard Hargreaves lub wydawnictwo Rebis także pod tym względem w jakiś sposób wzorowały się na „Stalowym piekle”, ale nie wydaje mi się, żeby ta zbieżność była zupełnie przypadkowa.
Jeśli chodzi o inne sprawy techniczne, to poznańskie wydawnictwo jak zawsze stanęło na wysokości zadania i do rąk dostajemy książkę przygotowaną bardzo dobrze, zarówno pod względem tłumaczenia, jak i korekty. Zastanawiam się tylko, dlaczego zdecydowano się w całej książce zostawić niemieckie stopnie wojskowe nieprzetłumaczone, umieszczając jedynie na końcu tabelę z odpowiednikami dla Wehrmachtu, Waffen-SS, Kriegsmarine i Wojska Polskiego. Szczególnie, że nie zachowano się konsekwentnie i wszędzie stopień feldmarschall przetłumaczony jest, a i w innych książkach wydawnictwa widać, że tłumaczenie stopni, choć niekiedy skomplikowane, nie jest zadaniem niemożliwym.
„Niemcy w Normandii” z pewnością zasługują na uwagę. Choć w wielu miejscach pokrywają się z innymi książkami, jak choćby „Stalowym piekłem” czy „Najdłuższym dniem”, z pewnością stanowić mogą ich uzupełnienie, z którego jednak wielu nowych rzeczy się nie dowiemy. A jeśli ktoś wspomnianych książek nie posiada, to praca Hargreavesa stanowi bardzo dobry początek do zainteresowania się tą tematyką, ponieważ została napisana w sposób ciekawy, a jej największą „wadą” jest to, że została napisana dosyć późno, bo w 2006 roku, a konkurencja na tym polu jest bardzo duża.