Przeprowadzając dokładną i niezmiernie skomplikowaną analizę moich wcześniejszych tekstów, z pewnością zauważylibyście, że wśród moich recenzji beletrystyki nie ma prawie wcale. Wynika to z tego, że lubię ja czytać, ale nie lubię o niej pisać. Tym razem było jednak inaczej i żeby zdobyć „Niebezpieczny akwen” do recenzji, musiałem włożyć trochę wysiłku, ale udało się. O tym, żeby się o niego starać zdecydowały dwie rzeczy: autor i tematyka.

Choć jest to pierwsza książka Larry’ego Bonda recenzowana na naszym portalu, nazwisko autora nie powinno być obce żadnemu miłośnikowi gatunku zwanego technothrillerem, do którego ikon i symboli należy między innymi Tom Clancy. Obaj ci panowie współpracowali zresztą przy książce „Czerwony sztorm”, a sam Bond także popełnił już kilka książek tego gatunku, z których u ans najgłośniejszą był chyba „Kocioł”, którego akcja w dużej części działa się w naszym kraju. To właśnie wcześniejsza moja styczność z tym doskonałym tytułem była powodem, dla którego chciałem recenzować „Niebezpieczny akwen”. Graczom nazwisko autora także nie powinno być obce. Jest bowiem jednym z twórców kultowych gier strategicznych o tematyce morskiej Harpoon i Command at Sea. Sam zresztą, zanim zabrał się za pisanie, był oficerem US Navy, a jego książki obracają się wokół tej tematyki. To właśnie był drugi powód, dla którego chciałem zając się książką. Po takiej rekomendacji nikt nie powinien mieć wątpliwości, że mamy do czynienia z bardzo dobrym pisarzem, który dodatkowo jak mało który zna się na tym, co pisze.

„Niebezpieczny akwen” opowiada historię okrętu podwodnego USS Memphis i jego załogi, która przygotowywała go do wycofania ze służby, ale niespodziewanie zostaje wysłana na ostatnią misję w rejon rosyjskiego wybrzeża, aby dostarczyć prezydentowi USA dowody mającej tam miejsce katastrofy ekologicznej spowodowanej składowaniem w nieodpowiednich warunkach odpadów radioaktywnych. Załodze w misji pomagać mają: były pilot marynarki przekwalifikowany na operatora bezzałogowego pojazdu podwodnego i dwie badaczki oddelegowane do misji wprost z Waszyngtonu. Stary, przygotowany do wycofania okręt o napędzie nuklearnym, kobiety na pokładzie okrętu podwodnego, kapitan o zapędach dyktatorskich, żółtodziób na jednym z kluczowych stanowisk na okręcie i misja na jednym z najniebezpieczniejszych akwenów świata… To nie mogło potoczyć się zgodnie z planem.

Mimo że jak dla mnie pomysł wysyłania okrętu podwodnego do rozpoznania odpadów radioaktywnych wydaje mi się nieco naciągany, to książkę czyta się bardzo dobrze. Miłośnicy gatunku i amerykańskich filmów z pewnością zauważą tu wiele znanych motywów, jak na przykład motyw żółtodzioba, który ciężką pracą musi zdobyć zaufanie dowódcy i reszty załogi czy spór kapitana z jednym z uczestników wyprawy o dowództwo. Także tematyka kobiet pracujących czy przebywających w wybitnie męskim, hermetycznym towarzystwie pojawiała się także w innych książkach i filmach. Tu jest to widoczne szczególnie wyraźnie, bo pomimo otwarcia na kobiety coraz większej liczby zawodów, na okręty podwodne stale nie mają wstępu. Czytelnicy książek Clancy’ego z pewnością zauważą, że jego kolega pozwolił sobie na zaczerpnięcie od niego pomysłu na rozwiązanie akcji. Patrząc na to wszystko, można zarzucić autorowi brak oryginalności i choć będzie to zarzut trafiony, to w żadnym razie nie wpływa to na ogólną ocenę. Z podobnymi rzeczami mamy do czynienia w setkach innych książek i filmów, a mimo to potrafią one przykuć na długie godziny i dostarczyć wspaniałej rozrywki. Tak samo jest w tym przypadku i to chyba jest najważniejsze.

Kilka słów należy poświęcić tłumaczeniu. Dokonali go wspólnie Andrzej i Patryk Sawiccy. Tego pierwszego czytelnicy mogą kojarzyć jako El General Magnifico – recenzenta gier z magazynu CD-Action, w którym kiedyś ukazywał się zin Konflikty Zbrojne. Ogólnie mówiąc, wykonali swoją pracę dobrze, jednak nieco się pogubili przy terminologii militarnej. Dla przeciętnego czytelnika nie będzie to miało żadnego znaczenia, jednak jako że jesteśmy portalem o takim, a nie innym profilu, nasi Czytelnicy nie zaliczają się do tych przeciętnych i dlatego trzeba te błędy wytknąć. Przede wszystkim kilka razy pojawia się określenie okrętu podwodnego jako łodzi podwodnej, a raz nawet jako statku, co już w ogóle nie powinno mieć miejsca. Po drugie okręt ma stery, a nie stateczniki. Przynajmniej w tym kontekście, o jakim mowa jest w książce – chodzi o umieszczone na dziobie bądź na kiosku stery głębokości. Po trzecie nie można lecieć F-18 E/F Super Hornet, a co najwyżej E lub F bo są to dwie różne wersje tego samego samolotu. Określenie centrum bojowego lub mostka okrętu podwodnego jako sterowni nawet tak bardzo nie razi, choć wygląda dziwnie.

Pod innymi względami książce nie można wiele zarzucić. Korekta spisała się bardzo dobrze, może jedynie człowiek odpowiedzialny za opracowanie okładki mógł spisać się nieco lepiej, bo przedstawiony na niej okręt nie jest tego samego typu, co okręt-bohater książki USS Memphis. Ten ostatni jest typu 688 Los Angeles, a na okładce mamy przedstawiciela typu 688i Los Angeles (Improved). Poza tym jednak tytuł ten jest typowym przykładem książek wydawanych przez Rebis.

Jak jest? Jest dobrze. Pomimo pewnych niedociągnięć, o których wspomniałem powyżej, Larry Bond po raz kolejny udowodnił, że należy do światowej czołówki jeśli chodzi o technothrillery. Książka dostarcza sporej ilości rozrywki i z pewnością jest wspaniałą odskocznią od typowo historycznych książek, jakie zwykle prezentujemy na naszej stronie. Na jesienne wieczory, jak znalazł.