Środowisko sił specjalnych jest specyficzne. Większość misji prowadzonych przez te oddziały jest tajna, ściśle tajna lub tak tajna, że zaraz po opowiedzeniu o nich trzeba słuchacza zabić. Z tego powodu pisanie o nich nie jest łatwe, ponieważ najczęściej od czasu przeprowadzenia danej operacji nie upłynęło jeszcze zbyt wiele czasu i opisanie prawdziwych wydarzeń podpadałoby pod paragrafy o ujawnieniu tajemnicy wojskowej. Innym rozwiązaniem jest wydanie takiej książki po przepuszczeniu przez wojskową cenzurę – i tak się najczęściej dzieje, ale o niektórych operacjach wojsko w ogóle najchętniej by nie mówiło. Dlatego Scott McEwen z pomocą Thomasa Koloniara postanowił napisać powieść, w której pod przykrywką literackiej fikcji przemycają opowieści komandosów Navy SEAL o ich prawdziwych akcjach. Tak powstali „Snajperzy. Droga bez powrotu”.
Fabuła nie jest zbyt wyszukana. Amerykańska żołnierka zostaje porwana przez afgańskich islamistów, a dalej obserwujemy działania amerykańskiego rządu i wojska mające na celu jej uwolnienie. Do tego oczywiście kilka wątków pobocznych, które mają rozbudować świat przedstawiony, by użyć takiego terminu z lekcji polskiego. Nie wiem czy określenie, które za chwilę tu padnie, istnieje w oficjalnej nomenklaturze krytyków literackich, ale z pewnością każdy będzie wiedział, o co chodzi, gdy napiszę, że ta książka jest modelowym przykładem amerykańskiej fabuły sensacyjnej znanej z setek albo i tysięcy innych książek i filmów.
Mamy Amerykankę w potrzebie, której na ratunek rusza niewielki oddział lub pojedynczy bohater ze wsparciem najwierniejszych kumpli przybywających z odsieczą w ostatniej chwili. Nie trzeba chyba nawet dodawać, że działają z najwyższych pobudek moralnych, nie oglądając się na rozkazy zwierzchników, dbających jedynie o własne kariery i prowadzących brudne polityczne gierki w Waszyngtonie. Gdy już ruszy do ostatecznej rozgrywki, nasz bohater w likwidacji wrogów może pochwalić się skutecznością, której nie powstydziłby się John Rambo. Dokładnie nie liczyłem, ale nasz snajper osobiście zabija w różny sposób kilkudziesięciu przeciwników. Nic dziwnego, że Sony Pictures zakupiło już prawa do ekranizacji. Tym bardziej że zakończenie pozwala na łatwe stworzenie kolejnych części. Widać każde pokolenie potrzebuje swojego Rambo. Ten współczesny posługiwać się będzie całym arsenałem dostępnym żołnierzom sił specjalnych. Karabinami snajperskimi, spadochronami pozwalającymi szybować kilkadziesiąt kilometrów, zmodyfikowanym smartfonami z dostępem do pochodzącego z drona obrazu na żywo, termowizorami, noktowizorami, wsparciem gunshipa i całą resztą, którą kojarzymy z komandosami. Aczkolwiek jest tam też miejsce na poczciwy nóż Ka-Bar czy garotę.
Wydawać by się mogło, ze przez cały czas tę książkę krytykuję. Nic z tych rzeczy, pokazuję jedynie, że nie jest tym, za co niektórzy mogliby ją uważać. Jest napisana bardzo sprawnie, wartka akcja wciąga i dostarcza sporo rozrywki. Została napisana rzetelnie, jak na porządną amerykańską sensację przystało. Tylko raczej niewiele w niej tego oparcia na relacjach z prawdziwych tajnych akcji, o których SEALs nie mogą oficjalnie opowiadać. Chyba że mówimy właśnie o takich rzeczach jak wyposażenie czy – ogólnie – potęga zaplecza rozpoznawczo-wywiadowczo-logistycznego, które stoi za każdą misją amerykańskich komandosów.
Książkę wydawnictwa Znak mogę polecić wszystkim szukającym dobrej rozrywki. Natomiast szukającym informacji o siłach specjalnych poleciłbym inne tytuły. Jest w czym wybierać.