W chwili, gdy piszę te słowa, świat interesują głównie dwie rzeczy: „dziwna wojna” na Krymie i zaginięcie malezyjskiego Boeinga 777 z niemal trzystu pasażerami, z których co najmniej dwóch dostało się na pokład na podstawie skradzionych paszportów. Czy ma to jakiś związek z niemal pewną katastrofą? Czy był to zamach czy tylko zbieg okoliczności? Skradzione paszporty pochodziły z Włoch i Austrii, więc o ile istnieli, ewentualni zamachowcy musieli wyglądać i zachowywać się jak mieszkańcy tych państw. Czy jest możliwe, aby ludzie wychowani w judeochrześcijańskiej kulturze dopuścili się zamachów terrorystycznych na przykład w imię „dżihadu”? Nie jest to niemożliwe, o czym świadczą zamachy i ich próby przeprowadzane przez amerykańskich konwertytów na islam. Z podobnego założenia wyszedł Martin ZeLenay pisząc polityczny thriller „Tajny raport Millingtona”.
Autor naprawdę nazywa się inaczej, ale jego dane są utajnione, ponieważ jest czynnym pracownikiem Centralnej Agencji Wywiadowczej. Wiadomo jednak, że jest polskiego pochodzenia. Ba! Wydawca reklamuje go jako najważniejszego dla CIA Polaka od czasów pułkownika Kuklińskiego. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale fakt faktem, że w książce znajdziemy wiele odniesień do naszej historii (powstanie warszawskie, proces szesnastu), co z pewnością jest miłym akcentem i zawsze w jakimś stopniu przyczynia się do lepszego jej poznania przez zachodnich Czytelników.
Akcja powieści rozpoczyna się kilka lat po zamachach na World Trade Center i Pentagon. Co prawda czas nie jest dokładnie określony, ale na podstawie treści możemy domyślić się, że cały czas mamy do czynienia z rządami prezydenta George’a Busha juniora. W takich okolicznościach agent CIA zupełnym przypadkiem trafia na trop spisku terrorystycznego, którego ofiarami ma się stać kilka tysięcy nowojorczyków, a akcja ma być zorganizowana tak, by wina spadła całkowicie na rząd Stanów Zjednoczonych. Czasu pozostaje niewiele, więc by uniknąć clausewitzowskiego „tarcia” spowodowanego ociężałością reakcji instytucji typu FBI, Departamentu Obrony czy CIA, do akcji zostaje włączona specjalna grupa składająca się z agentów CIA – ale wyłączona z jej struktur i z praktycznie nieograniczonymi kompetencjami. Na jej czele stoi tytułowy Jason Millington, autor raportu, w którym przewidział wypadki z 11września i nowe metody terrorystów.
Na 470 stronach śledzimy trwającą tydzień walkę wywiadu z terrorystami i, co warto podkreślić, dopiero pod koniec mamy do czynienia z pościgami, strzelaninami i tym podobnymi sprawami z filmów o agentach w typie Jamesa Bonda czy Ethana Hunta. Przewagę ma wojna na mózgi i komputery uzupełniona tradycyjnymi metodami HUMINT-u. Nie ukrywam, że jest to dla mnie duża zaleta, wszak nie od dziś powtarza się, że współcześnie najgroźniejszą bronią jest informacja, aczkolwiek w kontekście CIA może to nieco dziwić, gdyż Agencja znana jest z zamiłowania do elektronicznych gadżetów, a wywiad osobowy traktuje po macoszemu. Akcja toczy się wartko, a wraz z narratorem przenosimy się pomiędzy centrum dowodzenia, agentami działającymi w terenie i dobrze zamaskowanymi terrorystami, okazjonalnie zaglądając do Białego Domu, Francji czy na Cypr.
Na tyle, na ile mogę to ocenić, wydaje mi się, że Autor dobrze odwzorował sposób działania i możliwości współczesnych służb wywiadowczych. Możliwość przechwycenia i podsłuchania praktycznie każdej rozmowy telefonicznej, analiza obrazów z tysięcy kamer przemysłowych, urządzenia do zdalnego wykrywania skażeń lub materiałów wybuchowych czy sprzęt do wykrywania i przechwytywania sygnałów pochodzących z wszelkich urządzeń elektronicznych stanowią dzisiaj podstawę walki z terroryzmem. Do tego dodać można ścisłą współpracę z jednostkami w typie Delta Force, nie tylko przy fizycznej eliminacji wrogów, i uzyskujemy szeroki wachlarz możliwości, jak uczynić książkę realistyczną, a jednocześnie bardzo wciągającą. Na marginesie warto wspomnieć, że podczas prawdziwej operacji zabicia Osamy bin Ladena oddział DEVGRU traktowany był z formalnego punktu widzenia właśnie jako część CIA, a nie wojska.
Co jeszcze? Sztuka. Głównie obrazy, ale też rzeźby, instalacje, performance i takie tam. Poza tym, że Autor pracuje dla CIA, jest także historykiem sztuki i do powieści wplótł kilka wątków z tej dziedziny. Głównie chodzi o malarstwo rosyjskich awangardzistów (Kazimierz Malewicz jest kolejnym polskim akcentem w tej książce), którzy przewijają się niemal od pierwszej do ostatniej strony. Na szczęście nie jest to zbyt nachalne i nie wymaga od Czytelnika wcześniejszej wiedzy w tym temacie, a dodatkowo sprawnie łączy się z głównym wątkiem fabuły. Myślę, że Autor zawarł tam również element autobiograficzny, bo spotkamy się z pewnym profesorem, który pomagał agentom rządowym.
Całość powoduje, że książka jest po prostu bardzo fajna. Aktualna tematyka, Autor, który wie, o czym pisze, wartka akcja ze zwrotami akcji i zaskakującymi rozwiązaniami oraz dobre polskie wydanie, za którym stoi krakowski Znak, dają książkę mogącą zainteresować każdego miłośnika tego typu rozrywki. Ja nie mogłem się od niej oderwać.