Co najmniej od czasów Sun Tzu wiadomo, że nic tak nie zwiększa szans na zwycięstwo jak zaskoczenie nieprzyjaciela. Chcesz atakować od północy? Niech twój wróg myśli, że zaatakujesz od południa. Chcesz wziąć go z flanki i otoczyć? Niech myśli, że uciekasz w bezładzie. Chcesz się desantować na Sycylii? Niech myśli, że celem desantu będzie Sardynia albo Grecja. Oto, jaki był cel operacji Mielonka.
Z pozoru równie prosty był pomysł: podrzucić Niemcom sfałszowane dokumenty, listy, mapy, cokolwiek, co mogłoby sprawić, że rozpoczną przygotowania do odparcia desantu w miejscu, gdzie alianci desantować się bynajmniej nie zamierzali. Rzecz jasna, nie można było ich wysłać listem poleconym do Berlina, nie można było zrzucić ich z samolotu nad Rzymem. Potrzebny był sposób, który wzbudzi jak najmniej podejrzeń, który pozwoli Niemcom wierzyć, że papiery dostały się w ich ręce szczęśliwym zrządzeniem losu. Obmyślono więc podstęp równie genialny co makabryczny: mimowolnym kurierem zostać miał trup w oficerskim mundurze, mający przy sobie odpowiednie papiery. Korzyści płynące z takiego rozwiązania były równie oczywiste jak trudności związane z jego implementacją. Skąd wziąć trupa? Jak go ucharakteryzować, jaką biografię mu wymyślić, w jakie przedmioty zaopatrzyć? Jak rozwiązać kwestię rozkładu ciała, by jego stadium zgadzało się z wymyślonym scenariuszem? Gdzie go podrzucić i jaką metodą? Z czego zrezygnować, by przypadkiem nie przedobrzyć?
Książka Bena MacIntyre’a opowiada Czytelnikowi o przebiegu podstępu od momentu, gdy zrodził się w głowach oficerów brytyjskiego wywiady, aż po szczęśliwy finał w postaci operacji Husky. Trzeba przyznać, że Charles Cholmondeley i Ewen Montagu utkali koronkową intrygę. Mieli przy tym, rzecz jasna, sporo szczęścia, ale czyż ono nie sprzyja zazwyczaj lepszym? A wywiad brytyjski okazał się w tym względzie niewątpliwie lepszy od niemieckiego (i hiszpańskiego, bo to w Hiszpanii właśnie podrzucono ciało).
Książkę czyta się może nie jak powieść Roberta Ludluma, ale wcale przyjemnie (byłby zresztą wstyd, gdyby Autor położył taki temat drętwym stylem), mimo że czasami MacIntyre najzwyczajniej w świecie przynudza. Za dużo miejsca poświęcił na przykład bratu Ewena Montagu, Ivorowi, który współpracował z wywiadem sowieckim jako agent o kryptonimie Inteligencja. Oczywiście łatwo się domyślić, że wobec zaangażowania Ewena w tak supertajną operację jak operacja Mielonka, powiązania Ivora z Moskwą mogłyby się okazać wybitnie niebezpieczne, nic więc dziwnego, że Autor o nich pisze. Niemniej jednak, gdy już Czytelnik dowie się, do jakiego stopnia Ivor faktycznie miał powiązania ze sprawą, zastanowi się tylko, po co było o nim pisać aż tyle. Można dojść do wniosku, że MacIntyre nie do końca przemyślał swoją koncepcję.
Słówko o polskim wydaniu. Jeśli pominąć kilka drobnych wpadek translatorsko-redakcyjnych, jest bardzo dobrze. Oczywiście nie mogło zabraknąć łodzi podwodnych, chociaż tłumaczka zna też termin „okręty podwodne”, co skutkuje gdzieniegdzie wcale zabawnymi passusami. Ot, na przykład: „Nie ma prostego sposobu przemycenia trupa na pokładzie łodzi podwodnej, a tym bardziej zapobieżenia jego rozkładowi w ciepłej i dusznej atmosferze ładowni okrętu podwodnego”; zupełnie jakbyśmy mówili tu o dwu różnych klasach jednostek pływających. Oprócz tych nieszczęsnych łodzi wszystko inne, do czego mógłbym się przyczepić, to zupełne drobiazgi. Na przykład „Catalina” zapisana tak właśnie, w cudzysłowie, jak gdyby była to nazwa własna (na zasadzie analogii ze „Spirit of St. Louis” czy „Enola Gay”).
A skoro już o okrętach podwodnych mowa, trzeba pogratulować MacIntyre’owi tego, że starał się przedstawić Czytelnikowi dosłownie wszystkich ludzi związanych z planowaniem i wykonaniem operacji „Mielonka”. Poznamy więc na przykład słynnego Juana Pujola Garcię, poznamy Billa Jewella, dowódcę rzeczonego okrętu podwodnego, czy Jean Leslie, sekretarkę MI5, która odegrała rolę narzeczonej Williama Martina – martwego kuriera, głównego bohatera całej afery. Skoro już Autor zdecydował się na pisanie o postaciach drugoplanowych, powinien więcej miejsca poświęcić tym właśnie ludziom, a nie zupełnie marginalnemu Ivorowi Montagu.
Odnoszę przy tym wrażenie, iż MacIntyre przecenia rolę operacji Mielonka. Czytając „Oszukać Hitlera”, można odnieść wrażenie, że intryga Ewena Motnagu i Charlesa Cholmondeleya stała się rdzeniem sukcesu zachodnich aliantów w Europie. Tymczasem rdzeniem ona owszem, mogła być – ale porażki, gdyby się nie powiodła. Niemcy zyskaliby wówczas pewność co do faktycznych planów swoich nieprzyjaciół (nie byli przecież głupi, doskonale rozumieli, że liczba celów potencjalnego desantu jest mocno ograniczona). Rzecz jasna, nigdy już się nie dowiemy, co by było, gdyby operacji Mielonka w ogóle nie przeprowadzono, ale po lekturze trudno nie dość do wniosku, że podjęte ryzyko było niewspółmiernie duże w stosunku do możliwych korzyści – chociaż MacIntyre za wszelką cenę próbuje uniknąć postawienia takiej tezy.
Warto jednak sięgnąć po tę publikację. Jeśli nawet nie dla historii samej operacji, to dla wiedzy o działaniu służb wywiadowczych w latach drugiej wojny światowej. I warto poznać historię nieszczęsnego Glyndwra Michaela, którego życie nie rozpieszczało, śmierć zaś uczyniła bohaterem.