„Nie sądź książki po okładce” – jeszcze chyba nigdy znaczenie tego powiedzonka nie zostało mi objawione tak dokładnie jak przy lekturze „Negocjatora” Bena Lopeza. Oto bowiem mamy dwóch policjantów z oddziału SWAT, jednego z pistoletem, drugiego z karabinem automatycznym, na dachu jakiegoś budynku? Co tam robią? Pewnie odbijają zakładników. Co to ma wspólnego z treścią książki? Nic. Co najwyżej tyle, że Autor się od takich sytuacji jednoznacznie odcina.

Związki Bena Lopeza z policją są w najlepszym wypadku luźne. Jeśli bowiem dochodzi do porwania, zadanie służb mundurowych polega na uwolnieniu zakładnika i doprowadzeniu porywacza/terrorysty przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Bywa jednak, że rodzina ofiary nie chce się kontaktować z policją, gdyż nie ufa jej lub po prostu się boi (a czasami wręcz nie może, bo skuteczna policja w danym państwie nie istnieje). Chce tylko zapłacić okup, odzyskać ukochaną osobę i zapomnieć o koszmarze porwania. Właśnie takimi sytuacjami zajmuje się człowiek ukrywający się pod pseudonimem „Ben Lopez”. Nie jest on negocjatorem policyjnym, rodziny ofiar wynajmują go, by pilotował wymianę zakładnika na pieniądze. I jak przyznaje z rozbrajającą szczerością – nic go nie obchodzi, czy porywacze trafią za kraty, chce jedynie, by ofiara porwania wróciła do domu.

Akcji – rozumianej jako strzelanie, rozwalanie, wysadzanie i zabijanie – jest tu bardzo mało, a nawet wtedy stanowi jedynie tło dla właściwej treści. Jest to bowiem książka o psychologii oraz sztuce konwersacji i przekonywania (Ben Lopez z wykształcenia jest właśnie psychologiem). Najwięcej miejsca poświęcono metodom prowadzenia negocjacji z porywaczami, zabiegom i sztuczkom mającym obniżyć okup, zapewnić bezpieczne zwolnienie „towaru” i – co nie mniej ważne – dopilnować, by dana rodzina nie stała się celem ataku tych samych porywaczy po raz kolejny.

Autor miał do czynienia z porwaniami zarówno w krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie stanowią one wyjątkowo lukratywną gałąź przestępczego biznesu, jak i na Bliskim Wschodzie, gdzie sytuacja jest bardziej chaotyczna, a przez to bardziej niebezpieczna dla ofiary; poza tym zawsze można wpaść w ręce grupy, której nie zależy na pieniądzach, jedynie na rozgłosie i wzbudzaniu strachu.

Z pozycjami takimi jak „Negocjator” zawsze warto się zapoznać, bo warto móc spojrzeć na dane zagadnienie z perspektywy zawodowca. Mam nadzieję, że fatalnie dobrana okładka nie sprawi, iż ludzie, którzy powinni przeczytać tę książkę, miną ją obojętnie, a ci, którzy po nią sięgną, nie będą rozczarowani, gdyż spodziewali się czegoś innego. Książka Bena Lopeza może chwilami sprawiać wrażenie przegadanej (choć jak na pozycję wspomnieniową jest przecież króciutka), ale czyta się ją szybko i z przyjemnością. Zgrzytnąłem tylko zębami, gdy dotarłem do „sędziego Justice’a Ognalla” (s. 216) – a chodzi przecież o słynnego na Wyspach sędziego Harry’ego Ognalla, tymczasem Justice jest w Wielkiej Brytanii tytułem sędziowskim.

„Negocjator” daje bezcenny ogląd mrocznej strony współczesnego świata. Polityka bliskowschodnia, polityka wobec afrykańskich piratów, wojna z narkotykami – każdy kij ma dwa końce, a na drugim końcu tych kijów siedzą Ben Lopez, jego koledzy po fachu oraz ich klienci.