– Odsłońcie ciało. A wy, panie Damazy, czyńcie zadość prawu.
Przemyski kat wypożyczony z Biecza szarpnął za płachtę z przeworskiego płótna. Na całej długości znaczyły ją ciemne zacieki i plamy od łoju.
Burgrabia Zygmunt Cichowski nawet nie mrugnął okiem. Woźny chrząknął, podniósł rękę i ukrył nos w zgiętym łokciu. Od Zielonych Świątek panowały gorąca; ciało zmarłej ladacznicy poczynało roztaczać aż nadto dobrze wyczuwalną słodkawą woń rozkładu. Kat – zacny, pracowity i skromny Niemiec, stał nieruchomo jak pręgierz albo spiżowy pomnik okrutnej magdeburskiej sprawiedliwości.
Burgrabia postąpił krok bliżej, pochylił się nad nieboszczką pokrytą plamami krwi i siatką nacięć.
– Kto to zrobił? Człowiek czy zwierzę?
– To uczyniono żelazem – wymamrotał woźny Damazy, burcząc przez zatkany nos. – Znaleźli ją trzy dni temu na śmieciowisku, koło Zasania.
– Możesz waść rozpoznać broń?
– Kindżał albo kord. Krótki. Prosty. O, tu wbił ostrze. A tutaj, o – patrzcie, gardło podcięte. Równa linia. Gdybym nie widział poprzedniej rany, myślałbym, że szabla.
– Skąd tyle krwi?
– Długo ją męczył. Na koniec wypatroszył żywot i łono. Chce wasza mość zobaczyć? Możemy odwrócić ciało.
– Nie. Starczy to, co widzę.
– Na plecach… Popatrzcie, mistrzu Jakubie. Sam byś jej lepiej nie sprawił.
– Ja, gut. To topra ropota.
– Po co to uczynił? Dla pieniędzy? Z zemsty? Przecież nie z miłości!
– To ladacznica. Wołali na nią Roksolanka. Rozpoznały ją nasze miejskie przechodki. Szczęściem zabójca nie odrąbał głowy, jak Rosińscy panu Kroguleckiemu.
– Kto mógł ją zabić?
– Bóg to wie, a prędzej diabeł. Kimkolwiek był, uszedł. Rzucił ciało. Wiadomo – szukaj igły w stogu siana.
Zaraz, zaraz, a to co znowu?! – Woźny pochylił się nad raną na pośladku zmarłej. – Mości panowie, tu coś jest… Znamię diabelskie!
Mistrz Jakub przeżegnał się tak zamaszyście, że rzekłbyś – wiatr powiał po izbie.
– Ślad wyrżnięty… Może wypalony. Mospanowie, czekajcie, bo mi już siarką wszystko pachnie…
– Jesteście pewni, panie Damazy?
– Jako amen w pacierzu, a anioł w niebie.
– Kto to mógł zrobić?
Drzwi otwarły się z trzaskiem i do izby wpadło – zapierając się dzielnie na podkówkach butów, krzycząc, wygrażając
– dwóch hajduków starosty. Nie na wiele zdał się ich opór. Chociaż bronili dostępu jak lwy, ludzie pana Potockiego dosłownie wnieśli ich do wnętrza, wepchnęli bezradnych jak owieczki. Co więcej, wcale nie musieli przy tym dobywać szabel, po prostu torowali sobie drogę pięściami i kułakami. A potem rozstąpili się przed swoim patronem.
– Mości panie burgrabio przemyski – pan Potocki szedł z otwartymi ramionami ku Cichowskiemu jak na powitanie najwierniejszego kompana – wybacz, proszę, to najście, ale mam sprawę niecierpiącą zwłoki. Mówiąc prosto – musimy pogadać.
– Nie widzisz waszmość, że oglądamy ciało?
– To się dobrze składa. Bo o nim właśnie chcę dyszkursować. /Staropolskie – rozmawiać./
– O zmarłej? – Podstarości wskazał kciukiem zabitą murwę. – Znasz zabójcę?
– Ja ją zabiłem, mości panie bracie. Tymi oto rękoma. – Podniósł dłonie do góry i zademonstrował staroście jak skarb. – Cztery dni temu w karczmie Utrata na Zasaniu.
Oczy pana Cichowskiego były okrągłe jak dwa dukaty. Otwarta gęba woźnego przypominała studnię bez dna. Z kolei oblicze małodobrego mistrza Jakuba miało wyraz lichy i durnowaty.
– Ja… Jak to? Ja nie rozumiem. Zabiłeś ją i co?
– Jam to, nie chwaląc się, sprawił. Przyszedłem, bo chcę się przyznać. Sam, z własnej woli.
Burgrabia spojrzał na Damazego, ale ten bezradnie rozłożył ręce. Zerknął zatem na kata, ale ten przeżegnał się po raz
wtóry.
– Dlaczego waszmość to zrobiłeś?
– Uraziła mnie. – Gdzieś pod wąsem Potockiego błąkał się lekki uśmieszek.
– I to starczyło… By ją zabić?!
– Przecież to tylko kurwa. – Magnat łypnął boleśnie oczyma na Cichowskiego.
– I myślisz waść, że to godne szlachcica… Zabić ladacznicę?! To podłe! I nikczemne!
– Chyba mi wolno, może nie? Prawda, panie burgrabio?! – Potocki zadygotał, zupełnie jakby podstarości nadepnął mu na odcisk. – Jestem szlachcicem. Polonus nobilis sum! /Łac. – Szlachcicem polskim jestem./
– Jesteś mordercą. – Burgrabia podniósł wzrok znad ciała okrwawionej, pociętej Roksolany. – Jesteś psim synem, szelmą i tylko katu cię oddać!
– Przecież się przyznaję.
– Oszczędzisz nam fatygi! Trzymajcie go!
– Chyba nie trzeba. – Potocki spojrzał na dwóch posiniaczonych pachołków i swoją wilczą kompanię otaczającą ludzi burgrabiego półksiężycem niby tatarski zagon.
– Przyszedłem tu z własnej woli. Zapłacę za głowę tej dzierlatki. I odpokutuję karę w wieży.
– Nie wykpisz się gadaniną. Dasz gardło na szafocie za zabójstwo!
– To nie takie proste, panie burgrabio – cmoknął z przejęcia Potocki. – Nie złapaliście mnie in recenti crimine*, na miejscu zbrodni. A tymczasem minęły dwa dni. Spóźniłeś się z mieczem, mospanie. O całe czterdzieści osiem zegarowych godzin. /* Łac. – wkrótce po zbrodni, na gorącym uczynku/
– Łżesz!
– Gdzieżbym śmiał… Panie Damazy, potwierdźcie moje słowa, powiedzcie, co mnie czeka podług prawa i konstytucji anno 1588?
– Umyślne morderstwo… Zbrodnia pospolita.
– Jaka pospolita? Jaka zbrodnia! To tylko zabójstwo… Kurwy. A kurwa, rozumiecie waszmościowie, to takie stworzenie, które nie ma duszy! Jest pusta, rozumiecie? Pusta w środku. Sam sprawdzałem.
– Zapłacisz jak za głowę mieszczanina. Trzydzieści grzywien. Parę niedziel w wieży.
– Tak właśnie będzie. Dokładnie tak! Szczęść Boże, dobry człowieku. Panie woźny, będziesz miał talara, a może i dwa na przepicie.
– Nie piję – odrzekł ponuro Damazy.
– Ze mną się nie napijesz? Co, może kłamią księgi sądowe? – Potocki pogroził palcem Damazemu. – Alboś to nie krzyczał w sanockiej karczmie: Pal, bracie, aby do mnie! I multos quatircos et półgarnczków gorzałki ebibit *? /* Łac. makaron. – wychylił wiele kwaterek i półgarnców./ Albo to nie prawda, żeś grywał w karty i kości ante stajniam cum masztalerzibus **? /** Łac. makaron. – przed stajnią, z masztalerzami/. I że są pozwy przeciw tobie wniesione w grodzie? Księgi sądowe samą prawdę w oczy mówią. A prawda często w oczy kole.
Damazy cofnął się o krok.
– O, tu są pieniądze. – Potocki cisnął na katowską ławę parciany, brzęczący miło mieszek. – Równo trzydzieści grzywien za głowę tej tam… Zapomniałem, jak jej na imię. Ale to tylko ladacznica. W dobrej monecie, w talarach toruńskich i czerwonych złotych, w ortach gdańskich, broń Boże nie oberżniętych. Cóż jeszcze, mospanie? Główszczyzna jest. To pójdę do wieży, wyrezyduję, ile trzeba, i załatwione. Prawda, panie burgrabio?!
– Myślisz waść, że wszystko da się załatwić pieniędzmi?
– Wcale nie! – Potocki uderzył się w piersi. – Ja chcę odpokutować za grzech. Zgodnie z prawem i sumieniem. Nie uciekam, nie musisz ganiać za mną, mości burgrabio, po czerszlach, stepach i poharach. Przyszedłem sam, z własnej woli, aby poddać się k arze.
– Dlaczego ją ubiłeś?