Niemiecka kampania w Grecji i późniejsza okupacja tego kraju należy do najsłabiej znanych w naszym kraju epizodów z europejskiego teatru działań wojennych. Wiedza na ten temat jest mocno ogólnikowa nawet wśród miłośników historii. Do pewnego stopnia wyjątek stanowi bitwa o Kretę. Jednak nawet i tu nie sposób mówić o nasyceniu rynku wydawniczego książkami na ten temat. Istnieje bodaj tylko jedna obszerna publikacja przeglądowa w języku polskim: „Kreta 1941” Calluma MacDonalda. Oprócz tego mamy jeszcze książeczkę ze słynnej serii „Największe bitwy XX wieku”, na której wychował się niejeden dzisiejszy pasjonat. I tyle.
Posucha kreteńska na półkach polskich księgarń dobiegła właśnie końca za sprawą najpoczytniejszego współczesnego historyka. Jego „Stalingrad” i „Berlin” urosły już do rangi klasyków, a „Kreta” ma szansę do tego grona dołączyć. Na jej korzyść przemawia oczywiście to, że konkurencja jest nader nieliczna, ale nawet gdyby była bardzo liczna, wysoka jakość najnowszej – w Polsce, gdyż oryginał powstał dobre dwadzieścia lat temu – książki Beevora każe przypuszczać, iż ta zostawiłaby wszelką konkurencję w tyle.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję. Otóż książki historyczne z reguły tworzy się z myślą o określonym Czytelniku. Weźmy na przykład Normana Daviesa. Akurat w okresie jego szczytowej popularności w Polsce profesor Davies opublikował książkę o powstaniu warszawskim. Wkrótce pojawił się polski przekład. I co? I Daviesa z wielu stron obleźli krytycy, a „Powstanie…” dość powszechnie uznano za najsłabszą książkę w jego dorobku. Kto jest temu winien? Otóż nie autor i nie krytycy. Paradoksalnie: największą winę ponosi wydawnictwo, które jednemu ze swoich czołowych autorów wyrządziło po prostu krzywdę, wypuszczając na polski rynek książkę, która bynajmniej nie była nań przeznaczona, gdyż Davies pisał tamten tekst dla odbiorcy zachodniego, któremu pragnął przybliżyć dzieje zrywu powstańczego w naszej stolicy.
Z „Kretą” Beevora – i wieloma innymi jego książkami – jest podobnie. Trudno się zresztą dziwić, że historyk brytyjski tworzy z myślą o Czytelniku anglojęzycznym. Na korzyść Beevora jako człowieka piszącego o historii wojen przemawia nadto zarówno doświadczenie pisarskie, jak i – przede wszystkim – wojskowe. Służył bowiem Beevor, absolwent Sandhurst i dumny posiadacz tamtejszego patentu oficerskiego, w nieistniejącym już 11. Pułku Huzarów (11th Hussars). A skoro już sobie to wyjaśniliśmy, możemy podyskutować o książce.
Trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to lektura równie pasjonująca jak „Stalingrad” czy „Berlin”, być może dlatego, że te dwie książki powstały mniej więcej dekadę później, autor zdołał więc przez ten czas „wyrobić sobie” pióro. Nie znaczy to jednak, że „Kreta” nie jest książką ciekawą. Co to, to nie, Beevor nie byłby Beevorem. Forma nie jest aż tak magnetyczna, przytłacza liczba trzecio- albo i czwartoplanowych postaci, ale treść jest wprost oszałamiająco interesująca. W tym momencie możemy wrócić do moich wcześniejszych spostrzeżeń – „Kreta” jest tak ciekawa dlatego, że po pierwsze odkrywa przed polskim Czytelnikiem to, co mu nieznane, po drugie zaś dlatego, że powstała właśnie z myślą o tego typu odbiorcy. Nie jest to bynajmniej pozycja popularnonaukowa, jednak bez wątpienia zasługuje na miano popularyzatorskiej.
Beevor uświadamia swoim Czytelnikom przede wszystkim to, że na peryferiach II wojny światowej, w przededniu napaści III Rzeszy na Związek Sowiecki, rozegrała się jedna z najbrutalniejszych podówczas bitew tego konfliktu. Sprzyjała temu sama natura desantu spadochronowego. O ile dzielni chłopacy generała Studenta czuli się nieomalże jak bogowie, spadając z nieba na głowy nieprzyjaciół, o tyle rzeczeni nieprzyjaciele za żadne skarby nie zamierzali czekać, aż spadochroniarze opadną na ziemię, znajdą ciężką broń zrzucaną w osobnych pojemnikach i przystąpią do skoordynowanego szturmu. Brytyjczycy to zbyt pragmatyczna nacja, by pozwolić sobie na coś takiego.
Spadochroniarz – zwłaszcza w tamtych czasach, gdy nie znano jeszcze spadochronów współczesnej konstrukcji – przez całą drogę między samolotem a ziemią jest opadającą w linii prostej, doskonale widoczną na tle nieba tarczą strzelniczą. Kiedy już wyląduje tam, gdzie akurat zechce go rzucić wiatr, musi po pierwsze wyplątać się z płachty i szelek (a jeśli zawiśnie na drzewie, często i gęsto spotykanym na Krecie zjawisku przyrodniczym, nie ma o tym mowy), po drugie zaś – odnaleźć zasobnik z bronią dla całego oddziału. W przeciwnym razie przystąpi do ataku co najwyżej z pistoletem maszynowym, kilkoma granatami i manierką wody. A maj roku 1941 na Krecie należał do szczególnie upalnych. Warto też dodać, że w trakcie bitwy o Kretę nastąpił krótki renesans zanikającego powoli bagnetu jako broni ofensywnej. No bo po co marnować amunicję na Niemca, który wisi na drzewie i nie może się bronić? Wśród wielu brutalnych scen przytaczanych przez Beevora znajduje się na przykład taka: „Otworzyli do niego ogień, a kule roztrzaskały mu głowę około trzech metrów od nich. Pierwszy strzał tylko go zranił. «Krzyczał i piszczał jak świnia z poderżniętym gardłem i błagał o litość – zlitowałem się nad nim, a jakże – jednym strzałem w łeb» (s. 144).
Wielką zaletą książki Beevora jest uświadomienie Czytelnikom, że dowódcy na żadnym szczeblu i po żadnej stronie frontu nie mają do dyspozycji szklanych kul ani augurów. Ilość dostępnych im danych jest zawsze mocno ograniczona, a te, które trafią w ich ręce, czasami nie są łatwe do zinterpretowania. Łatwo o tym zapomnieć, analizując wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat, mając przed oczami dokumenty czy opracowania innych historyków. Beevor na szczęście pamięta. Z drugiej strony, słusznie piętnuje Bernarda Freyberga za to, że nie umiał wyciągnąć poprawnych wniosków z doniesień wywiadowczych, owładnięty najwyraźniej ideą szeroko zakrojonego desantu z morza, desantu, który na dobrą sprawę nigdy nie miał nastąpić. Błędy takie pojawiały się i w sztabach niemieckich. Pomijając już nieświadomość wszystkich zagrożeń wiążących się z desantem spadochronowym, Niemcy najwyraźniej nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że – tu znów cytat – „Kreteńczycy mają opinię ludzi inteligentnych, krewkich, walecznych, pobudliwych”, że „ma zwyczaj posługiwać się bronią nawet w życiu codziennym” (s. 105).
Przekład Mirosława Bielewicza zasługuje na ocenę dobrą. Do „bardzo dobrej” zabrakło – jak zwykle – jednego uważnego przeczytania przez kogoś, kto zna się na wojskowości. W tekście są więc pomylone statki z okrętami (s. 70 i inne), pojawia się „samolot rekonesansowy” (s. 84), a żołnierz podający amunicję – czyli amunicyjny, ładowniczy – staje się… służącym (s. 76 i inne). W siłach zbrojnych Zjednoczonego Królestwa spodziewałbym się, że od podawania amunicji będzie co najmniej kamerdyner. Ale żarty na bok. Przytrafiła się tłumaczowi prawdopodobnie jedna niepokojąca wpadka. Oto na stronie 159 czytamy: „dwie kompanie i trzy lekkie czołgi – patetycznie niedostateczne siły – zostały wysłane…”. Aż strach pomyśleć, ale czyżby w oryginale widniało pathetic? Myślę, że tak, bo zdanie powyższe w postaci „żałośnie niedostateczne siły” miałoby daleko większy sens. Angielskie pathetic nie ma wszakże nic wspólnego z polskim patosem.
Mimo wszystko to nie proces podboju był najcięższym jarzmem dla ludności Krety. Była nią – podobnie jak dla Polaków – okupacja i walka z nią. Polskiego Czytelnika zdziwi z pewnością stwierdzenie, iż „[k]reteński ruch oporu, inaczej niż podziemne ruchy w innych rejonach Europy, które zaczynały się rozwijać dopiero rok lub później po nastaniu hitlerowskiej okupacji, pojawił się dosłownie w pierwszej godzinie inwazji” (s. 147). Ta „pierwsza godzina” zgadza się co do joty, Beevor udowadnia to ponad wszelką wątpliwość, o tyle kłóciłbym się z „rokiem”. Służba Zwycięstwu Polski powstała przecież jeszcze w trakcie wojny obronnej, a Związek Walki Zbrojnej – protoplasta AK – w listopadzie roku 1939. Niemniej jednak, Kreteńczycy zasługują na wyrazy najwyższego uznania za podjęcie nierównego boju w obronie własnej niezależności. Ludzie, którym bliskie są ideały Armii Krajowej, z pewnością poczują z nimi solidarność i zapałają pewną sympatią. Trochę szkoda, że Autor nie poświęcił temu zagadnieniu więcej miejsca, Kreteńczycy na to zasłużyli. Bez wątpienia warto sięgnąć po tę książkę, skądinąd dużo mniej beletrystyczną niż poprzednio wydane u nas publikacje tego autora. Bo Antony Beevor to po prostu dobra marka.