Dom Santiago doszedł do wniosku, że tajemniczy snajper, który swoim strzałem roztrzaskał łeb Trutnia, wyświadczył mu ogromną przysługę. Nie zastanawiał się teraz, ile jeszcze stworów może być w okolicy – na drżących wciąż nogach podszedł do krawędzi ogromnej wyrwy. Broń miał w pogotowiu, na wypadek gdyby chciały go zaatakować jakieś niedobitki. Część jego umysłu gorączkowo analizowała, czym było spowodowane owo drżenie nóg. Może to po prostu adrenalina?
„Gówno” – pomyślał. „Sam się oszukuję. Ten Truteń prawie wycisnął ze mnie życie, a kula przeszła ledwie o milimetr od mojej głowy. To strach, a nie adrenalina…”
Nie, to nigdy nie przestało być przerażające. A dzień, w którym tak by się stało, byłby jego ostatnim.
W wyrwie poniżej, pośród plątaniny popękanych rur i porwanych kabli, panował całkowity bezruch – nie licząc osypujących się kamyczków i opadającego kurzu. Dom nie czuł pod nogami nic poza lekkim kołysaniem. Podziemne wibracje ustały, a zapach pieczonego psa zszedł na plan drugi, przytłoczony smrodem przypalonych wnętrzności i prochu.
– Hej, cwaniaku – zawołał Baird, stojąc na środku pustej ulicy. – Niezły strzał. A teraz wyjdź i się pokaż.
– Lepiej krzycz głośniej – upomniał go Cole. – On może być o milę stąd.
Zawsze trudno było namierzyć snajpera, a tu, w tym labiryncie ruin, istniały w dodatku tysiące miejsc, w których łatwo się ukryć. Marcus przykucnął i jeszcze raz przyjrzał się temu, co zostało z głowy Trutnia. Potem otaksował spojrzeniem ulicę i wskazał ręką południowy jej kraniec.
– Nie, jest znacznie bliżej – oświadczył. – Pocisk wlazł w czaszkę od góry. Duży kąt i sporo energii kinetycznej.
Dom spojrzał w tę stronę i próbował rozszyfrować, z którego miejsca snajper miałby najlepsze pole widzenia. W tym czasie Marcus powoli wycofał się pod najbliższy mur i sięgnął do słuchawki w uchu.
– Delta do bazy – powiedział spokojnym głosem. – Macie snajperów na południe od Embry? Jakichś Gearów?
– Nie potwierdzam – rozległo się w słuchawce. To porucznik Anya Stroud, jak zawsze czujna i gotowa, nawet po osiemnastu godzinach służby. Złośliwi powiadają, że nigdy nie śpi, ale prawda jest taka, że kiedy oddział Delta jest w akcji, ona jest także.
– A co, potrzebujecie ludzi? – spytała po chwili.
– Już nie.
– Jakieś tajemnice, sierżancie?
– Nie, mamy tu po prostu gościa z jakimś antycznym karabinem snajperskim. Może być pomocny, ale nie potrafimy go zlokalizować.
– OK. Dzięki za cynk. Będę to miała na uwadze. Przez cały ten czas Augustus bacznie obserwował dachy budynków. Z kolei Baird opuścił nieco swojego Lancera i zaczął iść przed siebie.
– Wynośmy się stąd – powiedział. – Może ten ktoś poczuł się na moment patriotą i zrobił swoje,
a teraz myśli, że to już koniec wojny?
– A może – odparł Marcus – mierzył w Santiago i chybił. A to by oznaczało, że walka wcale się jeszcze nie skończyła.
– Odrzuceni nigdy z nami nie zadzierali. Nie są aż tak głupi.
– Stary karabin snajperski, doskonały strzał… – Marcus przeładował ostentacyjnie broń. – Po prostu jestem ostrożny.
Baird nawet się nie obejrzał. Przeskoczył przez zburzony do połowy murek.
– Wielu Odrzuconych jest świetnymi strzelcami – rzucił przez ramię. – Nie znaczy to jednak, że mamy ich teraz szukać i werbować.
Miał rację. Jak długo nikt do nich nie strzelał, nie powinien zaprzątać ich uwagi. Inna sprawa, że ktoś tam w ruinach miał karabin snajperski, a to oznaczało, że musiał go ukraść. Takie przedmioty były teraz rzadkością. Niewiele fabryk produkowało do nich części zamienne, nie wspominając o wypuszczaniu nowych modeli. Co więcej, każdy rodzaj sprzętu, począwszy od Kruków poprzez Armadillo aż po karabiny szturmowe, wymagał stałych napraw. Jak wszyscy Gearzy, Dom potrafi ł radzić sobie w takich sytuacjach.
Po prostu brał potrzebne części z tego, co znalazł po drodze – a Baird był w tym mistrzem – ale inni…
– Może i masz rację, ale chyba jednak powinniśmy to sprawdzić – powiedział nagle Dom. – Bo jeśli karabin nie jest kradziony, to oznacza to tylko jedno: że mamy do czynienia z weteranem.
Baird przystanął na chwilę, żeby podnieść coś z ziemi. Kiedy uniósł znalezisko do oczu,
by przyjrzeć mu się z bliska, Dom rozpoznał część serwomechanizmu.
– To stary sprzęt, a oni to złodziejskie szumowiny – wymamrotał Baird i wsunął element do kieszeni. – Dlatego żaden z nas nie będzie się wałęsać za jakimś dupkiem, nawet jeśli potrafi tak celnie strzelać.
I znowu ten arogancki dupek miał rację. Dom od dawna marzył o tym, żeby ujrzeć jego minę, kiedy się myli i choć na chwilę zamyka tę swoją jadaczkę. Owszem, nasi weterani masowo zaciągali się po Dniu Wyjścia, nawet ci całkiem starzy, ponieważ dano im tylko jeden cholerny wybór: walczyć
w szeregach COG albo zdechnąć. Ale niektórzy z nich decydowali się na jeszcze inną opcję. Bo tylko
martwi nie robili nic.
– Każdy karabin jest na wagę złota – oświadczył chłodno Santiago. – I każdy człowiek.
Potem odwrócił się do Marcusa i gestem wskazał miejsce, z którego mógł paść strzał.
– Dajcie mi dziesięć minut – dodał.
– Zaintrygowałeś mnie – powiedział Cole i zawiesił Lancera na ramieniu. – Chyba się do ciebie przyłączę.
Fenix westchnął ciężko.
– W porządku – rzucił, machając ręką. – Ale bądźmy w kontakcie radiowym. Baird? Baird, rusz tyłek i chodź tutaj.
Połowa okolicznych budynków należała kiedyś do centrów bankowych, jak wszędzie, otoczonych barami szybkiej obsługi oraz kafejkami wiecznie zapełnionymi tłumami urzędników. Teraz panowała tu idealna martwota. Dom sięgnął pamięcią do czasów sprzed Dnia Wyjścia, kiedy to starannie zapakowane kanapki, jakich próżno dziś szukać, leżały w równych szeregach na wystawach sklepowych. W wojsku karmili ich całkiem nieźle, ale nie były to rarytasy. Na pewno jednak mieli lepsze żarcie niż Odrzuceni.
„Pieczony pies” – pomyślał. „Kto, do cholery, żre coś takiego?”
Granitowa, lśniąca niegdyś fasada banku wyglądała jak ruina. W szczelinach muru powstałych po wstrząsach zakorzeniło się kilka wątłych roślin. Nic więcej tu nie wyrosło i nie wyrośnie, bo nie ma na to szans. Weszli do wnętrza spalonego budynku. Podłoga była tu doszczętnie zniszczona, a do tego brakowało jakiegokolwiek zakamarka, w którym mogliby się ukryć w razie ataku. Najwyraźniej wszystko, co można było stąd wymontować – drewniane i metalowe elementy wyposażenia, kable energetyczne, rury – zostało rozkradzione już dawno temu. Nic tylko wielka, pusta przestrzeń.
– Co za gówno – powiedział rozbawiony Cole. – I pomyśleć, że trzymałem w tym banku wszystkie swoje oszczędności.
Ten osiłek był kiedyś gwiazdą thrashballu i prawdziwym bogaczem, ale te czasy dawno już minęły. Teraz bardziej liczyło się dla niego to, co potrafi w boju i ile ma rzeczy na wymianę. Zawsze jednak traktował zaprzepaszczenie swoich milionów jak jeden wielki żart i, co więcej, potrafi ł się z tego śmiać. Pewnie dlatego, że prawdziwym Gearom niewiele było potrzeba do szczęścia. Dom już dawno
temu doszedł do wniosku, że kiedy wszystko wróci do normy, weźmie przykład z Augustusa i zacznie traktować pieniądze jak coś, co raz przychodzi, a raz odchodzi. Ważniejsi są ludzie. Ich nie można niczym zastąpić ani kupić. Dlatego powinniśmy żyć pełnią życia.
„Kiedy odnajdę Marię – pomyślał – nie zmarnuję anijednej chwili”.
Uważnie otaksował wnętrze budynku, a potem zajrzał do głębokiego krateru ziejącego w miejscu, w którym kiedyś stała marmurowa lada. Na jego dnie, gdzie kiedyś najprawdopodobniej mieściły się podziemia banku, dostrzegł wejście do starego sejfu i leżące obok wrota wysadzone potężnym wybuchem. Wokół panował idealny bezruch.
– No, stary – rzucił do Augustusa. – Lepiej wycofaj to zamówienie na jacht.
– Buch! – usłyszał tuż za sobą, czując gwałtowne szarpnięcie.
– Uważaj, chłopie… Szukasz tam naszego snajpera?
Tylna ściana budynku przypominała jedno wielkie rumowisko i wyglądało to tak, jakby cały sufit runął tu z wielkiej wysokości. Zakopana do połowy stertą cegieł, kamiennej oblicówki i roztrzaskanych legarów, miała wygląd klifu z pustymi oczodołami okien bez szyb. To było właśnie to – idealna pozycja
dla snajpera. Wszystko zależało od tego, co znajdowało się za tą ścianą. Dom przewiesił swojego Lancera przez ramię i zaczął wspinać się po pochyłości, żeby to sprawdzić.
– Człowieku, nikogo tam nie ma – zawołał Cole, zatrzymując się w miejscu. – Po co nam ta gimnastyka?
– Sprawdzę i zaraz wracam. Chwycił za zardzewiały pręt i podciągnął się ku belkom
stropowym, które ledwie wystawały ze ściany. Jego ciężkie wojskowe buty nie nadawały się do tego rodzaju wspinaczki i musiał bardziej ufać sile swoich rąk niż nóg, a im wyżej wchodził, tym bardziej martwił się drogą powrotną.
– Musiał być gdzieś na tej wysokości, żeby oddać tamten strzał – rzucił do Augustusa, wciąż stojącego w dole.
Sięgnął do parapetu tuż nad nim i wdrapał się na niego,a potem, przytrzymując się kamiennych balustrad po obu stronach, stanął w oknie. W tym miejscu mur był wielki i solidny, niczym ściana jakiegoś bastionu, a jego szerokość pozwalała Domowi pewnie na nim stanąć – nawet w ciężkich wojskowych glanach. Po drugiej stronie przyległe budynki tworzyły coś w rodzaju schodów. Jeśli ktokolwiek tu był, nie miał żadnych trudności z zejściem na dół.
– Widzisz coś? – zawołał Cole z dołu.
– Zwykłe gówno – odpowiedział, rozglądając się po okolicy. – Na pewno nie jest to widok nadający się na pocztówkę. No chyba że mieszkasz w jeszcze większym syfie.
Poniżej rozpościerała się osada Odrzuconych, która wyglądała jak wyjałowione, pozbawione roślinności pobojowisko. W oddali dostrzegł nikłe smugi dymu ulatujące z kominów prowizorycznych domostw. Pomiędzy częścią osady zbudowanej na granitowych fundamentach byłego bastionu COG
a obszarem, gdzie rozciągała się miękka, spękana skała pozwalająca Szarańczy drążyć ich tunele, widniała wyraźna linia. Granica ta oddzielała centrum osady, gdzie budynki były mniej zniszczone,
od reszty zdewastowanego terenu. Zapewne to tutaj żyła większość Odrzuconych, licząc, że mieszkanie na tym obszarze zwiększy ich szanse na przetrwanie.
„Ich życie, ich wybór” – pomyślał.
To nie był widok, do którego Dom przywykł w bazie. Świat zastygł tutaj w jakimś niezwykłym, złowieszczym spokoju – pozbawiony codziennego zgiełku, ruchu tworzącego sekwencje chaotycznych obrazów. Zamyślił się na chwilę. Nawet po dziesięciu latach wciąż próbował wyobrazić sobie miejsce,
w którym mieszkała teraz Maria. A potem zaczął marzyć, jak to będzie, kiedy odbudują Serę, ale była to tak ulotna i niepewna wizja, że szybko to zarzucił i skupił się na otoczeniu.
– Dom, jeśli postoisz tam jeszcze chwilę, ktoś w końcu odstrzeli ci tyłek – krzyknął
Augustus. – Wracajmy do naszych.
Santiago nie wierzył, żeby snajper odszedł daleko. Niełatwo przemieszczać się po takim terenie. Trzeba się ciągle czołgać, wspinać, schylać i przekopywać. Do tego to idealne miejsce, żeby się rozpłynąć niczym we mgle. Dlatego był pewien, że gdziekolwiek jego wybawca się ukrywał, siedział gdzieś w pobliżu.
– Na pewno nas teraz widzi – zawołał do Cole’a. Starał się nie myśleć o tym, jak wysoko znajdował się parapet. Po prostu odwrócił się i skoczył, licząc, że żwir i grube podeszwy jego butów zamortyzują upadek. Zęby zadzwoniły mu niebezpiecznie. Ruszyli w drogę powrotną.
– Ma tam swój punkt obserwacyjny – powiedział Dom, kiedy dotarli do oddziału. – Nie wiem po co, ale…
Marcusa nie interesowało jednak żadne „ale”. Miał wieści z bazy, które zepchnęły temat snajpera na plan dalszy.
– Dobra – przerwał przyjacielowi. – A teraz ruchy, panowie. Oddział Echo natknął się na Trutnie trzy kilometry na zachód stąd. Przemieszczają się rozpadliną na bulwarze Sovereign. Możemy tam dotrzeć, zanim przybędzie nasza kawaleria powietrzna.
Wszystko to powiedział monotonnym, nieco znużonym głosem. Taki już był. Nawet jeśli musiał krzyknąć, zazwyczaj tylko nieznacznie podnosił głos. Dom i tym razem nie dostrzegł w nim cienia złości czy irytacji, ale cholernie dobrze wiedział, że to tylko przykrywka mająca ukryć brak wiary Marcusa w sens tej operacji.
– Ilu? – spytał Santiago.
– Dwunastu.
– To oznacza, że są rozproszeni – stwierdził Baird. W swoim mniemaniu był absolutnym specjalistą od Szarańczy. I w sumie słusznie.
– Damy radę, Damon – rzucił Dom, szturchając zadziornie mechanika. – Przecież wiemy, jak się wysadza tych skurwieli w powietrze.
– Chciałeś chyba powiedzieć, że to Marcus da radę – odpowiedział mu Baird. – Tylko on wie, jak używać ładunków wybuchowych w ich tunelach.
– O, to może Hoffman powinien oddać mu swoje odznaczenia – zażartował Cole.
– Dajcie już spokój – uciął Marcus i odwróciwszy się, ruszył w stronę bulwaru Sovereign. Dobrze wiedział, że najskuteczniejsze patrole to takie, które poruszają się pieszo. Z konieczności. Po prostu zawsze brakowało wozów APC. – Te niedobitki mogą przewyższać nas liczebnie. Musimy sprawdzić, ilu ich jeszcze zostało.
Dom zawsze cenił u siebie to, że nie okazywał słabości. Podobnie jak jego ojciec i brat, Carlos. Nigdy nie wolno tracić wiary. Ani nadziei. Carlos nazywał to wewnętrzną siłą. Facet musi być twardzielem i nie może poddawać się przy pierwszym lepszym niepowodzeniu. Jednak po czternastu latach walki, kiedy przy życiu zostało ledwie kilka milionów ludzi, był gotowy chwycić się każdej możliwości, żeby tylko ten koszmar wreszcie się skończył.
„Tyle że wtedy nadejdzie inny koszmar” – pomyślał. „Będziemy musieli zbudować wszystko od początku. Ale toi tak lepsze od tego, co jest teraz, kiedy każdy twój dzień
może być ostatnim”.
To, czym martwił się najbardziej, to świadomość, żejeśli teraz umrze, nigdy już nie spotka Marii.
– Jestem tuż za tobą – powiedział i pobiegł za Marcusem.