Japońskie Siły Samoobrony powstały 1 lipca 1954 roku z przekształcenia Narodowych Sił Bezpieczeństwa. Okres założycielski był niezwykle trudny. Nie było zgody co do miejsca Sił Samoobrony w systemie konstytucyjnym ani nawet co do tego, jakie zadania powinny być przed nimi stawiane. A to był dopiero początek. Następne dekady upłynęły pod znakiem batalii prawnych i budżetowych, które często miały większy wpływ na rozwój Jieitai niż właściwa polityka bezpieczeństwa i koncepcje militarne. W tle zaś pozostawały kluczowe relacje z USA.
W chwili powstania Lądowe Siły Samoobrony (Rikujō Jieitai) liczyły 146 tysięcy ludzi. Morskie Siły Samoobrony (Kaijō Jieitai) dysponowały okrętami wojennymi o łącznej wyporności 50 tysięcy ton. Zupełną nowością było stworzenie samodzielnego lotnictwa. Powietrzne Siły Samoobrony (Kōkū Jieitai) dysponowały zaledwie 150 samolotami różnych typów. Sprzęt, którym dysponowały te formacje, pochodził z amerykańskiego demobilu i coraz mniej przystawał do realiów pola walki. Do tego w spadku po Narodowych Siłach Bezpieczeństwa Lądowym Siłom Samoobrony została struktura oparta na batalionach lekkiej piechoty przeznaczonych raczej do zapewniania bezpieczeństwa wewnętrznego niż walki w pełnoskalowym konflikcie. W efekcie na początku brakowało dowództw szczebla brygady i wyżej, a garnizony były w miarę równo rozproszone na terenie całego kraju.
W przypadku Morskich Sił Samoobrony nie było zgody, jaki kształt mają przybrać. Czy ma być to formacja, której głównym zadaniem będzie ochrona morskich szlaków żeglugowych, prowadzona na pełnym morzu obrona Japonii przed inwazją czy może obrona wybrzeża w niezbędnym minimalnym zakresie. Powietrzne Siły Samoobrony powstawały zupełnie od podstaw, pozbawione balastu Cesarskich Wojsk Lądowych i Marynarki Wojennej, co było zarazem błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
Ten artykuł powstał dzięki naszym Subedejom, wspierającym Konflikty na Patronite.pl. Są to:
Alex B • Andrzej N. • Jacek Zagrodzki • Łukasz Paweł • Marcin Ślimak • Patron anonimowy
Serdecznie dziękujemy za wsparcie i zaufanie. Czytelnicy, którzy chcieliby dołączyć do grona Subedejów (lub którejś innej grupy naszych Patronów), mogą kliknąć tutaj, aby przenieść się na nasz profil na Patronite.pl. Subedejowie, którzy dołączą dziś lub jutro, zdążą wziąć udział w głosowaniu na następny artykuł.
Wszystkie artykuły, które powstały dzięki wsparciu Subedejów, znajdują się tutaj.
Zawiłości prawne
Zwłaszcza byli cesarscy oficerowie postulowali intensywną rozbudowę Jieitai. Jednak dla polityków i opinii publicznej była to sprawa drugorzędna. Poza kręgami wojskowymi najważniejsze było pytanie, czy samo istnienie Sił Samoobrony jest zgodne z konstytucją. Wszak Artykuł 9 ustawy zasadniczej głosi:
Naród japoński, dążąc szczerze do międzynarodowego pokoju opartego na sprawiedliwości i ładzie, wyrzeka się na zawsze wojny jako suwerennego prawa narodu, jak również użycia lub groźby użycia siły jako środka rozwiązywania sporów międzynarodowych. Dla osiągnięcia celu określonego w poprzednim ustępie nie będą nigdy utrzymywane lądowe, morskie i powietrzne siły zbrojne ani inne środki mogące służyć wojnie. Nie uznaje się prawa państwa do prowadzenia wojny.
Na scenie politycznej im bardziej w lewo, tym bardziej negatywny był stosunek do Jieitai, nawet jeśli zdawano sobie sprawę, że mimo wszystko jest ono potrzebne. Socjaliści, przez lata druga siła polityczna w kraju, przyjęli stanowisko, że istnienie Sił Samoobrony może i jest niezgodne z konstytucją, ale zgodne z prawem. Natomiast komuniści kompletnie negowali istnienie jakiejkolwiek formacji militarnej czy paramilitarnej. Dopiero z końcem zimnej wojny nastąpiło przesunięcie w prawo. Socjaliści uznali konstytucyjność Sił Samoobrony, zaś komuniści przyjęli dawne stanowisko socjalistów.
Już sama nazwa Jieitai jest wybiegiem prawnym i popisem sofistyki. Zrezygnowano z terminu gun oznaczającego wojsko, wybierając mający szersze znaczenie termin tai, który można stosować wobec wszelkich grup, oddziałów, sił, nie tylko militarnych. Miało to jednak dalsze konsekwencje. W Siłach Samoobrony nie służą żołnierze, lecz funkcjonariusze o statusie prawnym podobnym do policjantów, strażaków czy urzędników publicznych. Ciągle nierozwiązana pozostaje kwestia, czy w przypadku wojny owi funkcjonariusze będą w świetle prawa międzynarodowego żołnierzami, a tym samym podlegać będą konwencji genewskiej.
Kolejnym problemem był sposób rekrutacji. Obowiązkowa służba wojskowa, chociaż brana pod uwagę, została szybko odrzucona. Po wojnie pobór do wojska budził złe wspomnienia i silne skojarzenia z cesarskimi siłami zbrojnymi, od których nowa formacja chciała się odciąć. Finalnie uznano, że pobór byłby sprzeczny z konstytucją. Taka ekwilibrystyka prawna do dzisiaj determinuje, jakie zdolności powinno mieć Jieitai, a jeżeli jakiś rodzaj sprzętu budzi wątpliwości, trzeba zamaskować jego charakter odpowiednia nazwą.
Sofistyka sięgała jednak znacznie wyżej. Ażeby podkreślić pacyfistyczny i konstytucyjny charakter polityki bezpieczeństwa, powołano nie ministerstwo, lecz Agencję Obrony, kierowaną przez dyrektora generalnego. Miało to jednak istotne konsekwencje dla funkcjonowania resortu. Agencja znalazła się w hierarchii niżej od „pełnoprawnych ministerstw”, co podkopywało jej pozycję wewnątrz rządu i w bataliach budżetowych.
Interludium Hatoyamy
Agencja Obrony już w 1954 roku przedstawiła ambitny projekt rozbudowy Jieitai. Lądowe Siły Samoobrony miały zostać zwiększone do 200 tysięcy ludzi, tonaż okrętów do dyspozycji Morskich Sił Samoobrony miał zostać podwojony i osiągnąć 100 tysięcy ton, Powietrzne Siły Samoobrony miały zaś urosnąć do rangi liczących się sił powietrznych. Ażeby zrealizować te cele, Agencja domagała się potrojenia wydatków na obronę, które w budżecie na rok 1955 wyniosły 135 miliardów jenów.
Planu nie zrealizowano z kilku powodów. Przede wszystkim tak ambitna rozbudowa militarna leżała poza zasięgiem możliwości finansowych ówczesnej Japonii. Ponadto premier Shigeru Yoshida oraz decydenci z niezwykle wpływowego ministerstwa przemysłu i handlu zagranicznego (MITI) przyznali priorytet odbudowie kraju. Priorytet miała gospodarka, a nie remilitaryzacja, będąca na dodatek bardzo kontrowersyjnym tematem w społeczeństwie.
Ostateczny cios nadszedł w grudniu 1954 roku. Yoshida przegrał wybory, a w fotelu premiera zasiadł Ichirō Hatoyama. Nowy szef rządu nie chciał bardzo ścisłej kooperacji z USA, które mocno naciskały na rozbudowę Jieitai. Waszyngton z jednej strony chcieli silnego i posłusznego sojusznika w Azji Wschodniej, z drugiej zaś w obliczu słabości powojennego japońskiego przemysłu zbrojeniowego intensywna remilitaryzacja dawała perspektywę dużych zysków dla amerykańskich koncernów.
Oprócz tego Hatoyama był bardzo podejrzliwie nastawiony do Sił Samoobrony. Już w trakcie pierwszego miesiąca urzędowania polecił Biuru Legislacyjnemu Gabinetu sprawdzenie, czy ustawy ustanawiające Agencję Obrony i Jieitai są zgodne z konstytucją. Odpowiedź była pozytywna, poza tym niektóre procesy były już w toku, więc rząd zaakceptował remilitaryzację. Nowy dyrektor generalny Agencji Obrony Seiichi Omura oświadczył 21 grudnia 1954 roku, że nieuznanie prawa do prowadzenia wojny nie oznacza rezygnacji z prawa do samoobrony. Nowy gabinet rozpoczął trwającą do dziś dyskusję, które zdolności wojskowe są obronne, a które nie. Debata ta pozostaje nierozstrzygnięta, ale po pewnym czasie Hatoyama podzielił przekonanie, że Japonia powinna rozwijać Siły Samoobrony zgodnie z artykułem dziewiątym. Taka polityka samoograniczenia zdolności wojskowych zyskała miano „minimalnej niezbędnej siły obronnej”.
Polityka nowego rządu spowodowała wiele napięć w relacjach z USA. Hatoyama zainicjował bardziej przyjazną politykę wobec komunistycznych Chin, a na krajowym polu chciał ustalić ograniczenia potencjału i zdolności Sił Samoobrony. W ograniczaniu remilitaryzacji premier znalazł pełne zrozumienie i wsparcie MITI. Zdaniem resortu rozwój przemysłu obronnego byłby pod zbyt dużym wpływem Amerykanów. Już podczas wojny koreańskiej odbudowywany japoński przemysł zbrojeniowy pracował na rzecz sił USA. Taka sytuacja dawałaby Waszyngtonowi rosnący wpływ na gospodarkę Japonii i kontrolę nad planowaniem strategicznym MITI.
Pierwszy skandal nuklearny
Za rządów Hatoyamy doszło do pierwszego skandalu związanego z bronią jądrową. W 1955 roku w ramach strategii New Look Stany Zjednoczone planowały rozmieszczenie w Japonii taktycznych pocisków rakietowych MGR-1 Honest John zdolnych do przenoszenia głowic atomowych. Pentagon najprawdopodobniej nie do końca zdawał sobie sprawę z drażliwości tematu dla Japończyków. Pociski Honest John stanowiły wówczas etatowe uzbrojenie dywizji nie tylko amerykańskich, ale tez wielu europejskich sojuszników z NATO – w ich przypadku głowice jądrowe mieli dostarczać Amerykanie.
W Japonii wiadomość o planach rozmieszczenia broni nuklearnej wywołała bardzo negatywną reakcję mediów i społeczeństwa oraz gorącą debatę w parlamencie. 29 lipca 1955 roku rząd oświadczył, że pociski nie będą wyposażone w głowice jądrowe, a ich rozmieszczenie było konsultowane z Tokio. Efektem był wzrost zainteresowania amerykańską bronią jądrową na terenie Japonii, wszak lotnicze bomby atomowe były składowane w bazach USA na terenie kraju. Społeczna presja zmusiła kolejne rządy, by stawiały się Waszyngtonowi w tej strategicznej kwestii. Dyplomatyczne negocjacje i polityczne przepychanki trwały przez całą następną dekadę. Amerykańska broń jądrowa została wycofana z Japonii na początku lat 70. i oficjalnie miała już nigdy nie powrócić. Opinia publiczna pozostała jednak podejrzliwa. Takie stanowisko okazało się uzasadnione. Odtajnione w 2010 roku dokumenty ujawniły, że przez cały okres zimnej wojny USA i rząd Japonii zawarły szereg tajnych porozumień nuklearnych.
Skandal wokół pocisków Honest John miał jeszcze inne konsekwencje. Hatoyama i jego rząd doszli do wniosku, że konieczna jest zmiana relacji z USA na bardziej zbalansowane. Minister spraw zagranicznych Shigemitsu Mamoru odwiedził Waszyngton w dniach 29–31 sierpnia 1955 roku i podczas spotkania z sekretarzem stanu Dullesem oświadczył, że Japonia oczekuje renegocjacji traktatu bezpieczeństwa na bardziej „wzajemny”. Kusił Amerykanów propozycją rozbudowy Sił Samoobrony do 350 tysięcy ludzi. W tym samym czasie amerykańscy analitycy doszli do wniosku, że po zakończeniu wojny koreańskiej i zmianach zachodzących w sposobach walki Jietai w sile 200 tysięcy będą w zupełności wystarczające.
Powrót do remilitaryzacji
Mimo wszystko Hatoyama nie był przeciwnikiem Sił Samoobrony ani zadeklarowanym pacyfistą. Jego stanowisko ewoluowało. W lipcu 1956 roku powołał Radę Obrony Narodowej. Premier postawił przed nią cztery zadania: opracowanie podstawowych zasad obrony narodowej, stworzenie zarysu planowania obronnego, ustalenie zasad zakupu sprzętu i przekazanie ich przemysłowi, wreszcie zbadanie możliwości wysłania Jieitai za granicę. Rada udzieliła odpowiedzi w maju następnego roku. Dokument był bardzo konkretny i odzwierciedla wewnętrzne problemy Japonii w latach 50., a także odwołuje się do pacyfistycznego ducha konstytucji. Jako podstawową zasadę obrony narodowej zalecono wspieranie działań ONZ, promowanie współpracy międzynarodowej i wkład w budowanie pacyfistycznego świata. W planowaniu obronnym rada wskazywała na stabilność wewnętrzną jako kluczowy cel.
W przypadku zamówień sprzętu wojskowego dokument zalecał stopniowe budowanie niezbędnych zdolności przemysłowych. Produkcję uzbrojenia określono jako kluczową dla zapewnienia zdolności do samoobrony, jednak rozbudowa przemysłu musiała być prowadzona z uwzględnieniem dostępnych zasobów i sytuacji wewnętrznej kraju. Co ciekawe, rada dopuszczała operacje Jietai za granicą w przypadku agresji zewnętrznej i na podstawie japońsko-amerykańskiego traktatu bezpieczeństwa.
Jednak najważniejszym zadaniem Rady Obrony Narodowej było przygotowanie planu rozwoju Sił Samoobrony. Pierwszą wersję pięcioletniego planu rozbudowy potencjału militarnego zaprezentowano już w sierpniu 1956 roku. Hatoyama zwlekał, ale ostateczny plan na lata 1958–1960 (w rzeczywistości 1958–1962), zatwierdzony 14 czerwca 1957 roku, powtarzał większość wcześniejszych sugestii. Aby zapewnić wystarczającą zdolność do samoobrony, Lądowe Siły Samoobrony miały zostać rozbudowane do sześciu dywizji i trzech brygad liczących 180 tysięcy ludzi. Morskie Siły Samoobrony miały rozrosnąć się do 57 okrętów o wyporności 124 tysięcy ton, z lotnictwem morskim liczącym 220 samolotów. Plan zakładał również rozbudowę Powietrznych Sił Samoobrony do 1130 samolotów i śmigłowców. Radzie udało się przekonać rząd, by zapewnił wystarczające finansowanie planu rozwoju. W latach 1955–1965 wydatki na obronę wzrosły z 135 miliardów jenów do 301,4 miliarda jenów. Był to czas szybkiego rozwoju gospodarczego, więc procent PKB wydatków na obronę zmniejszył się z 1,78% do 1,07%.
Wydaje się, że w niektórych aspektach Hatoyama chciał kontynuować politykę zapoczątkowaną przez Yoshidę, czyli: zapewnić Japonii bezpieczeństwo, trzymać ją jak najdalej od zimnej wojny i stworzyć korzystne warunki do rozwoju gospodarki. Różnił się jednak od Yoshidy stosunkiem do USA. Dążył do większej niezależności, co doprowadziło do jego upadku. Dla administracji Eisenhowera Hatoyama stał się wrogiem. Waszyngton zaczął wspierać proamerykańskich polityków, a CIA zapewniła wsparcie finansowe liderowi opozycyjnej Partii Liberalno-Demokratycznej, znanemu ze swojego antykomunizmu. Nobusuke Kishi doprowadził do upadku gabinetu Hatoyamy i został premierem w lutym 1957 roku.
Nobusuke Kishi
Jak to zwykle z amerykańskimi operacjami bywa, koń, na którego postawił Waszyngton, po objęciu władzy okazał się kłopotliwy. Kishi był w latach 30. członkiem władz marionetkowego państwa Mandżukuo, następnie objął tekę ministra do spraw produkcji amunicji, był zaangażowany w organizację pracy przymusowej na terenach okupowanych przez Japonię podczas wojny, a na brzemiennym w skutki posiedzeniu rządu jesienią 1941 roku głosował za wypowiedzeniem wojny Stanom Zjednoczonym. Nie stanął przed sądem jako zbrodniarz wojenny jedynie dlatego, że Amerykanie uznali, iż będzie im przydatny.
Sam Kishi wspominał powojenny okres spędzony w więzieniu bardzo dobrze. Miał dużo czasu na czytanie książek, pisanie wierszy, rozmowy z Amerykanami. Zdania o nich za bardzo nie poprawił, ale okazało się, że mają wspólne zainteresowania – zwalczanie komunizmu. Administracji Eisenhowera to w zupełności wystarczyło.
Antykomunizm Kishiego był autentyczny, szybko jednak okazało się, że nowy premier ma znacznie większe ambicje, niż myślano w Waszyngtonie. Był zdeklarowanym konserwatystą, chcącym odbudować Japonię jako „normalne” państwo. Zgodnie z dokumentami dyplomatycznymi odtajnionymi w grudniu 2018 roku wyznaczył sobie trzy cele: renegocjację traktatu bezpieczeństwa z USA na równy sojusz, wynegocjowanie zwrotu Okinawy i wysp Ogasawara (Bonin), które wciąż znajdowały się pod amerykańską okupacją, oraz zmianę konstytucji. Planowany harmonogram był również ambitny – zaledwie dwa lata. Dla Kishiego wszystkie te trzy punkty były ze sobą ściśle powiązane. Zmiana konstytucji była konieczna do rozwinięcia współpracy z USA. Natomiast sukces dyplomatyczny w postaci zwrotu okupowanych wysp i rewizji traktatu bezpieczeństwa był potrzebny do zapewnienia sobie zwycięstwa w wyborach do izby niższej i wyższej parlamentu, zaplanowanych odpowiednio na 1958 i 1959 rok. Tylko posiadanie większości 2/3 w parlamencie pozwalało na przegłosowanie poprawek zmieniających ustawę zasadniczą. Jednym z pomysłów było umożliwienie Siłom Samoobrony udziału w operacjach zagranicznych, co można traktować jako zachętę dla strony amerykańskiej.
Kishi nie zasypiał gruszek w popiele. Do czasu podróży do Waszyngtonu w czerwcu 1957 roku odbył dziewięć spotkań z Douglasem MacArthurem, ówczesnym ambasadorem USA w Tokio. Tym razem generał był sceptyczny wobec pomysłów przedstawionych przez Japończyków. Również Waszyngton był niechętny. Jedynym sukcesem wizyty było wspólne oświadczenie z prezydentem Eisenhowerem, które potwierdziło formalną suwerenność Japonii nad wyspami Ogasawara i Riukiu z Okinawą. Ponadto administracja amerykańska zgodziła się powołać międzyrządowy panel do zbadania traktatu bezpieczeństwa.
Amerykańskie Węgry
Panel pracował ponad rok, jednak w efekcie udało się przekonać Amerykanów do wielu postulatów zgłaszanych przez Japończyków. Niemałą rolę odegrała w tym zmiana nastawienia MacArthura. Przystąpienie do renegocjacji traktatu ogłosili wspólnie 11 września 1958 roku Dulles i minister spraw zagranicznych Aiichiro Fujiyama. W trakcie rozmów pojawiło się pięć głównych kwestii:
- nowe porozumienie powinno być wyraźnie powiązane z Kartą Narodów Zjednoczonych;
- zobowiązanie USA do obrony Japonii i zobowiązanie Japonii do utrzymania swojej polityki w ramach wyznaczonych przez konstytucję;
- każde użycie sił amerykańskich bazujących w Japonii (USFJ) inne niż obrona Japonii powinno być konsultowane z Tokio;
- zakończenie udziału USFJ w utrzymywaniu bezpieczeństwa wewnętrznego Japonii;
- podanie daty zakończenia obowiązywania traktatu.
Z kolei Dulles domagał się zwiększenia japońskiej odpowiedzialności za bezpieczeństwo USA. Oznaczało to dalszą remilitaryzację i zaangażowanie Jieitai w Azji Wschodniej i na Pacyfiku na zachód od Guamu. Kishi i Fujiyama odpowiedzieli, że potencjał militarny Japonii nie pozwala na podjęcie operacji poza Wyspami Macierzystymi. Poza tym musieli liczyć się z rosnącym ruchem pacyfistycznym w kraju, domagającym się neutralności.
Właśnie ten ruch doprowadził do upadku Kishiego. Po niemal roku negocjacji Waszyngton zaakceptował niemal wszystkie postulaty Tokio, jednak sytuacja w Japonii przypominała beczkę prochu. Lewicowe i antyamerykańskie nastroje były bardzo rozpowszechnione i były podsycane przez zawiedzione nadzieje. Większość Japończyków spodziewała się, że po traktatach z 1951 roku kraj odzyska pełną niepodległość. To, co otrzymano, było w opinii społeczeństwa niezidentyfikowanym statusem pomiędzy niepodległością a okupacją. Co więcej, idee pacyfistycznego, neutralnego kraju stały się bliskie nawet wielu konserwatystom. Nawet w USA prasa rozpisywała się o możliwości stania się przez Japonię „amerykańskimi Węgrami”. Wspomnienia radzieckiej inwazji na Węgry w 1956 roku były jeszcze bardzo świeże.
Nowy Traktat o Wzajemnej Współpracy i Bezpieczeństwie podpisano 19 stycznia 1960 roku w Waszyngtonie. Kolejnym sukcesem Kishiego było objęcie Japonii amerykańskim parasolem nuklearnym. Jednak bardziej równy i wzajemny charakter stanowił nowe obciążenie dla Tokio. Japonia została zobowiązana do kontynuowania rozwijania zdolności Sił Samoobrony do odparcia ataku na kraj. Kolejnym krokiem było ustanowienie regularnych konsultacji w zakresie bezpieczeństwa, a także w przypadku pogorszenia się sytuacji na Dalekim Wschodzie. USA były zobowiązane do obrony wszystkich terytoriów znajdujących się pod japońską administracją. Japonia, przeciwnie, była zmuszona do przyjścia z pomocą tylko w przypadku ataku na amerykańskie siły bazujące na jej terytorium. W 1960 roku oznaczało to, że Japonia nie będzie automatycznie zaangażowana w wojnę USA z Chinami lub Związkiem Radzieckim. Traktat został podpisany na minimum dziesięć lat, z zastrzeżeniem, że jeśli jedna ze stron nie wypowie go z rocznym wyprzedzeniem, pozostaje on w mocy na stałe.
Traktat zdecydowanie poprawiał pozycję Tokio w relacjach z Waszyngtonem, jednak został odrzucony przez japońską opozycję. Problem był ogromny. Przeciwko traktatowi opowiedziała się nie tylko lewica. Powstał szeroki front związków zawodowych, studentów, organizacji kobiecych, a nawet niektórych konserwatystów. Wszyscy oni opowiedzieli się za bardziej neutralną polityką zagraniczną. Pierwsze podejście do ratyfikacji w kwietniu 1960 roku zablokowali socjaliści i komuniści. Druga próba 19 maja została początkowo zakłócona przez masowe demonstracje przed budynkiem parlamentu. Demonstranci starli się z policją. W parlamencie socjalistyczni deputowani blokowali głosowanie. Późnym wieczorem straż parlamentarna usunęła opozycję z sali obrad. Za zamkniętymi i zabarykadowanymi drzwiami traktat został ratyfikowany kilka minut po północy.
Taki sposób procedowania miał daleko idące konsekwencje. Protesty przybierały na sile; niektóre przerodziły się w gwałtowne zamieszki. Z powodu napiętej sytuacji planowaną wizytę prezydenta Eisenhowera w Tokio odwołano na prośbę strony japońskiej. Był to duży cios wizerunkowy dla obu rządów. Prezydent USA miał przybyć do Tokio 19 czerwca, aby wspólnie z Kishim świętować wejście w życie traktatu. Miała to być również pierwsza wizyta amerykańskiego prezydenta w Japonii. Szczęściem w nieszczęściu było zestrzelenie samolotu szpiegowskiego U-2 nad Związkiem Radzieckim. Spowodowany tym kryzys dostarczył usprawiedliwienia dla odwołania wizyty.
Tymczasem w Japonii napięcie rosło dalej. 19 czerwca przed budynkiem parlamentu przeciwko traktatowi protestowało około 330 tysięcy osób. Była to największa demonstracja w powojennej Japonii. Kishi zdołał jeszcze przegłosować 23 czerwca w przyspieszonym trybie nowe porozumienie w sprawie amerykańskich baz. W następnym miesiącu podał się do dymisji. Wkrótce potem sytuacja uspokoiła się. Lewicowa opozycja skupiła się na kwestiach pracowniczych. Poza radykałami praktycznie nikt nie sprzeciwiał się sojuszowi z USA. Partia Liberalno-Demokratyczna pod wodzą nowego premiera Hayato Ikedy ponownie wygrała wybory w listopadzie 1960 roku i pozostała partią rządzącą przez następnych ponad trzydzieści lat. Dla społeczeństwa całe odium spłynęło na Kishiego, którego polityczna kariera została złamana. Do końca życia cieszył się on jednak wdzięcznością Waszyngtonu. Traktat stał się jego długotrwałym dziedzictwem, tak samo jak pomysły na remilitaryzację i międzynarodową pozycję Japonii. Najważniejsza idea zmiany konstytucji powróciła pięćdziesiąt lat później, wraz z premierem Shinzō Abe, wnukiem Kishiego.
Afera „Trzech Strzał”
Od 1961 roku do połowy lat 70. sytuacja pozostawała bardzo specyficzna. Japońskie społeczeństwo stopniowo akceptowało istnienie Sił Samoobrony. Dynamiczny rozwój gospodarczy i rosnąca zamożność doprowadziły do uspokojenia nastrojów społecznych. Nadal jednak kwestie bezpieczeństwa i obronności praktycznie nie istniały w dyskursie politycznym. Niemniej potencjał Jieitai systematycznie rósł, podobnie jak wydatki na obronę. Kolejne plany pięcioletnie oddawały do dyspozycji Agencji Obrony coraz większe środki. Wydatki na obronę utrzymywały się na poziomie poniżej 1% PKB, ale już w 1972 roku Japonia miała siódmy największy budżet wojskowy na świecie. Sytuacja pogorszyła się po kryzysie naftowym w 1973 roku. W 1975 roku Japonia znalazła się na dziewiątym miejscu. Wywołało to niezadowolenie w USA. Waszyngton zaczął wówczas naciskać na Tokio, by zwiększyło wydatki na obronę do poziomu 2% PKB. Naciski przyniosły sukces dopiero po niemal półwieczu.
Przytaczane liczby dają wyobrażenie, jaki potencjał militarny mogła stworzyć Japonia. Rosnące możliwości dały impuls do rozważań nad ambitniejszym planowaniem obronnym. Ze względu na wszystkie formalne, nieformalne i konstytucyjne ograniczenia Siły Samoobrony nie miały ani spójnej doktryny, ani planów obronnych. Co gorsza, koordynacja i współpraca między siłami lądowymi, powietrznymi i morskimi była bardzo słaba. W przypadku wojny każdy z rodzajów sił dosłownie walczyłby niezależnie.
Najbardziej dotknięte były w tym całym układzie Lądowe Siły Samoobrony, które regularnie podejrzewano, że wzorem Cesarskich Wojsk Lądowych mogą próbować przejąć władzę w kraju. W przeciwieństwie do Powietrznych i Morskich Sił Samoobrony nie otrzymały naczelnego dowództwa. Aż do roku 2018 (sic!) najwyższym szczeblem dowodzenia Rikujō Jieitai było pięć samodzielnych armii odpowiadających za obronę poszczególnych części kraju. Integracja między nimi stała na bardzo niskim poziomie. Z jednej strony skutecznie eliminowało to możliwość wojskowego zamachu stanu, z drugiej stawiało zdolność Jieitai do obrony kraju pod dużym znakiem zapytania.
Kolejnym ograniczeniem było rozproszenie garnizonów po całej Japonii. Znowu – utrudniało to zebranie oddziałów do puczu, a zarazem do obrony. Taka polityka miała wszakże jeszcze jeden cel. Chodziło o to, aby jak największa część społeczeństwa miała kontakt z Siłami Samoobrony i mogła się do nich „przekonać”. Na tym polu osiągnięto sukces, zwłaszcza poza dużymi miastami. Podobnie jak gdzie indziej, wiele mniejszych miejscowości zaczęło żyć ze znajdujących się w nich obiektów wojskowych. Proces zżywania się lokalnych społeczności z Jieitai pogłębiał zwyczaj osiedlania się weteranów w miejscach, gdzie wcześniej służyli.
Mimo tych postępów Siły Samoobrony, zwłaszcza ich część lądowa, znalazły się w połowie lat 60. na cenzurowanym. Wszystko z powodu afery „Trzech Strzał”. Rok 1965 można uznać za jeden z najciekawszych dla Jieitai i japońskiej debaty o bezpieczeństwie w okresie 1961–1975. W tym roku Japonia i Korea Południowa ostatecznie wynegocjowały i podpisały traktat pokojowy. Wkrótce potem do opinii publicznej wyciekło „Studium Trzech Strzał” (Mitsuya Kenkyū). Dokument ten był wspólnym studium sztabowym przeprowadzonym w 1963 roku przez grupę 84 oficerów ze wszystkich rodzajów wojsk. Grupa badała różne scenariusze obrony, a nawet udziału japońskiego kontyngentu w przypadku kolejnej wojny na Półwyspie Koreańskim. Raport wywołał gwałtowną debatę polityczną i liczne ataki na Jieitai ze strony opozycji. Wrażenie było takie, że wojskowi zrobili coś za plecami parlamentu i niezależnie od celów, jakie im przyświecały, łatwo było im przypiąć łatkę podważania cywilnej kontroli nad Siłami Samoobrony.
Dokument miał także daleko idące konsekwencje dla planowania wojskowego. Po raz kolejny opozycja miała oko na to, co robi Jieitai. To zaś oznaczało spowolnienie lub nawet niepowodzenie planowania. Politycy oczywiście zignorowali najbardziej istotną kwestię. Ważniejsze były uprzedzenia i zbijanie kapitału politycznego. „Studium Trzech Strzał” wykazało niewielki stopień współpracy na poziomie strategicznym między siłami japońskimi i amerykańskimi. Autorzy zasugerowali nawiązanie formalnego dialogu z Pentagonem. Taki krok miałby na celu wymianę informacji i poglądów na temat amerykańskich planów wojskowych dla Korei oraz sposobu, w jaki Siły Samoobrony mogłyby najlepiej wypełniać swoje główne zadanie – obronę Japonii.
Kolejną kwestią obrazującą ścierające się cele i zasady była kwestia nuklearna. Japonia uruchomiła cywilny program atomowy stosunkowo wcześnie, bo już w marcu 1954 roku. Tokio zyskało poparcie USA dzięki programowi „Atom dla pokoju” ogłoszonemu w grudniu 1953 roku przez administrację Eisenhowera. W 1955 roku parlament przegłosował trzy podstawowe zasady japońskiego programu nuklearnego: cywilną kontrolę, niezależne zarządzanie i przejrzystość. Dwa lata później rząd Kishiego dodał trzy zasady dotyczące broni jądrowej: zakaz produkcji, zakaz posiadania i zakaz wprowadzania na terytorium Japonii. Sytuacja zmieniła się jednak drastycznie w październiku 1964 roku wraz z testem pierwszej chińskiej bomby atomowej. Równowaga sił w regionie została zachwiana. Agencja Obrony zaczęła rozważać pozyskanie broni jądrowej. Obawy tylko wzrosły, gdy w 1969 roku prezydent Nixon zadeklarował chęć zmniejszenia amerykańskiej obecności wojskowej w Azji. Japońscy decydenci polityczni i wojskowi zdali sobie sprawę z faktu, że Japonia może być zmuszona do wzięcia większej odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo. Jedną z opcji było zbudowanie własnego systemu odstraszania.
Premier Eisaku Satō powołał panel ekspertów pozarządowych z zakresu bezpieczeństwa i energii jądrowej w celu zbadania takiej możliwości. Panel przygotował dwuczęściowy raport. Pierwszą część przekazano rządowi we wrześniu 1968 roku, drugą w styczniu 1970 roku. Wnioski były jasne: uzyskanie broni atomowej nie leży w interesie kraju, zamiast odstraszać mocarstwa komunistyczne, raczej pogorszyłoby stosunki ze Związkiem Radzieckim, ChRL, USA i innymi krajami regionu. Eksperci zalecali pozostanie pod amerykańskim parasolem nuklearnym. Dla wielu członków rządu było również jasne, że społeczeństwo nie zaakceptuje broni jądrowej, a tym bardziej uzbrojonych w nią Sił Samoobrony. Projekt został zamrożony i odłożony na bok jako opcja na przyszłość.
Pierwsza era Nakasone
Sytuacja Japonii stawała się jednak coraz bardziej nerwowa. Tokio nie zostało w ogóle poinformowane o amerykańsko-chińskich rozmowach. Wizyta prezydenta Nixona w Pekinie w 1972 roku była dla Japończyków zaskoczeniem. Po raz kolejny zaczęto się zastanawiać jaka jest wiarygodność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Dyżurnym pytaniem stało się – co jeśli USA porozumieją się z Chinami ponad głową Japonii? Z jednej strony odpowiedzią było szybkie nawiązanie oficjalnych stosunków z ChRL. Drugą odpowiedzią była intensyfikacja rozbudowy potencjału Sił Samoobrony.
Jednocześnie w Agencji Obrony zaczęto myśleć bardziej niezależnie. W użyciu pojawił się termin „autonomiczna obrona”. Motorem tego trendu był nowy dyrektor generalny agencji Yasuhiro Nakasone, który objął urząd w styczniu 1970 roku i wstrząsnął całą strukturą biurokratyczną. Nakasone chciał większej niezależności strategicznej Japonii i większych zdolności Jieitai. Chciał również wzmocnić pozycję agencji w administracji rządowej. Jedną z kluczowych kwestii był budżet. Aby zdobyć pieniądze, agencja wchodziła w koalicje z innymi ministerstwami i dzieliła się planami budżetowymi. W rezultacie Siły Samoobrony nigdy nie otrzymywały środków odpowiadających aspiracjom, a słaba pozycja agencji była utrwalana. Przyczyną takiej polityki było nie tylko miejsce w biurokratycznej hierarchii, ale także fakt, że wielu cywilnych urzędników agencji pracowało wcześniej w innych ministerstwach. Nakasone zapoczątkował nowy zwyczaj; agencja zaczęła przygotowywać swój budżet i przesyłać go bezpośrednio do ministerstwa finansów.
Dodatkowe pieniądze były niezbędne do sfinansowania dalszych ambicji dyrektora generalnego. Nowa polityka miała na celu szybszą i bardziej intensywną rozbudowę Jieitai, zwłaszcza Morskich Sił Samoobrony. W kwietniu 1971 roku przedstawiono tak zwany „plan Nakasone”. Proponował on 220-procentowy wzrost wydatków na zakup sprzętu wojskowego oraz 350-procentowy wzrost budżetu na badania i rozwój. W zakresie sprzętu wojskowego postulowano wzmocnienie Sił Samoobrony o 900 statków powietrznych. 1000 czołgów i 200 okrętów.
Nakasone podzielał opinię, że w obliczu niepewności co do amerykańskiego zaangażowania w Azji Wschodniej polityka Japonii musi wykraczać poza rozwój gospodarczy i kwestie wewnętrzne. Później rozwinął swoje pomysły, dodając kwestie związane z miękką siłą, takie jak międzynarodowa wymiana kulturalna i pomoc rozwojowa. Takie podejście miało na celu aktywne kształtowanie środowiska bezpieczeństwa poprzez budowanie pozytywnego wizerunku Japonii i dobrobytu w krajach rozwijających się. To zaś miało zmniejszać napięcia między państwami Azji Południowo-Wschodniej, czyniące wojnę atrakcyjnym rozwiązaniem. Nakasone nie był osamotniony w swoich opiniach. Prezes Keidanren (Japońskiej Federacji Organizacji Gospodarczych) Doko Toshio również postulował zwiększenie zdolności obronnych w przypadku wycofania się USA z regionu, a nawet budowę regionalnego systemu bezpieczeństwa zbiorowego.
Te ambitne plany były nie do przyjęcia dla niemal wszystkich, od polityków przez biurokratyczny establishment po opinię publiczną. „Plan Nakasone” został odrzucony w lipcu 1971 roku. Wkrótce potem, po zaledwie 18 miesiącach urzędowania, Nakasone musiał ustąpić ze stanowiska. Jego następca, Kakuei Tanaka, przyjął znacznie bardziej tradycyjną postawę. Zmiany były już jednak w toku, a przełomu dokonał Michita Sakata, dyrektor generalny Agencji Obrony w latach 1974–1976. Wyznaczył on dwa cele. Jednym z nich było przekształcenie Sił Samoobrony w „małą, ale znaczącą” siłę, a drugim – zdobycie zrozumienia i wsparcia społeczeństwa.
Kolejne szoki
Sakacie sprzyjała sytuacja. Kolejne szoki w postaci kryzysu naftowego z roku 1973, porażki Amerykanów w Wietnamie, a następnie upadek Wietnamu Południowego i wzrost napięcia na Półwyspie Koreańskim w roku 1975, wymusiły poważne przewartościowania wśród japońskich polityków i społeczeństwa. Wisienką na tym torcie była ucieczka do Japonii radzieckiego pilota porucznika Wiktora Bielenki na MiG-u-25. Sprawa ta ośmieszyła japońską obronę powietrzną. Lecąc na małej wysokości, Bielenko uniknął wykrycia przez radzieckie i japońskie radary. Gdy był już nad Hokkaido, wzniósł się na dużą wysokość, licząc na wykrycie i przechwycenie przez japońskie F-4EJ. Myśliwce Powietrznych Sił Samoobrony zawiodły i MiG-25 nieniepokojony lądował w Hakodate.
Pozyskanie najnowszego radzieckiego myśliwca przechwytującego było dla Japończyków i Amerykanów czymś wspaniałym, natomiast Kōkū Jieitai znalazło się pod pręgierzem. Biała księga obronności z 1977 roku poświęciła osobny rozdział incydentowi i strukturalnym problemom obrony powietrznej. Skandal był tym większy, że lotnictwu polecono zniszczyć większość dokumentów związanych ze sprawą.
W takich warunkach nie powinno dziwić, że po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej kwestie obrony i bezpieczeństwa wróciły wreszcie do debaty publicznej. Największym sukcesem Sakaty było jednak przekonanie parlamentu, by w sposób konstruktywny zaangażował się w kształtowanie polityki obronnej i bezpieczeństwa. Utworzono pierwszą parlamentarną komisję do spraw bezpieczeństwa narodowego, chociaż aż do roku 1991 nie był to stały organ.
Kolejnym wielkim sukcesem Sakaty było przygotowanie Zarysu Narodowego Programu Obrony (NDPO), przyjętego przez rząd 29 października 1976 roku. Był to dokument rewolucyjny, aczkolwiek wciąż mocno ograniczony przez konstytucję. Po raz pierwszy w oficjalnym dokumencie oceniono międzynarodowe otoczenie Japonii aktualne i w przewidywalnej przyszłości. W oparciu o tę ocenę opracowano minimalne wymagania dotyczące zdolności Sił Samoobrony oraz plany rozwoju na najbliższą przyszłość. Zgodnie z koncepcjami forsowanymi przez Sakatę nacisk położono na jakość, a nie ilość. Główne zadania stawiane przed Jieitai uległy zmianie. Nie miały już bronić kraju przed wielką inwazją, lecz przygotowywać się do odparcie ograniczonej agresji i zapobieganie konfliktom.
Zarys Programu Obrony Narodowej miał jednak w opinii członków Sił Samoobrony kilka istotnych braków. Po pierwsze: nie wskazywał żadnego bezpośredniego zagrożenia ani krajów stanowiących zagrożenie dla Japonii. Generał Kurisu, dowódca Lądowych Sił Samoobrony, nazwał nawet takie podejście „absurdem”. Podobnego zdania była Rada Obrony Narodowej. Taka postawa utrzymywała się do niedawna. W okresie zimnej wojny jedynie Biała Księga z 1980 roku wskazywała Związek Radziecki jako prawdopodobnego wroga. Drugi brak NDPO: nie istniały procedury mobilizacji i przestawienia gotowości Sił Samoobrony z trybu pokojowego na wojenny. Po trzecie: urzędnicy cywilni doszli do wniosku, że wszelkie braki w zdolnościach mogą zostać uzupełnione przez siły USA.
Konkluzja była prosta: w przypadku konfliktu na pełną skalę, Siły Samoobrony muszą współpracować z Amerykanami. To zaś wymuszało kolejne zmiany w traktacie bezpieczeństwa z USA. Uwaga prezydenta Jimmy’ego Cartera o możliwym wycofaniu amerykańskich wojsk z Korei zdopingowała Japończyków do działania. W Pentagonie również narastało przekonanie, że Japonia powinna w większym stopniu uczestniczyć w tym, co dziś nazwalibyśmy „burden-sharing”. W lipcu 1976 roku rozpoczęła pracę dwustronna podkomisja do spraw współpracy obronnej. W październiku 1978 roku gotowa była propozycja pierwszych wytycznych dla współpracy amerykańsko-japońskiej. Podkomisja wskazała trzy główne obszary: współdziałanie w celu odparcia agresji, odpowiedź na atak na Japonię oraz współpracę w przypadku kryzysu w Azji Wschodniej, który może mieć wpływ na bezpieczeństwo Japonii.
Obie strony oczywiście miały różne wymagania i oczekiwania. Dla Tokio najważniejszy był punkt drugi i to, jakie działania podejmą USA w obronie swojego sojusznika. Odpowiedź Waszyngtonu była dość ogólnikowa. Amerykanie zaproponowali zaangażowanie w duchu Traktatu Północnoatlantyckiego. Z drugiej strony dla USA najważniejszy był punkt trzeci. Japonia nie była zbyt chętna do działań poza swoim terytorium, zaś amerykańskie żądania były niejasne. W efekcie raport podkomisji praktycznie nic nie zmieniał, a jedynie wyznaczał kierunek dalszego rozwoju dwustronnej współpracy obronnej.
Powrót Nakasone
Lata 70. oznaczały poważne zmiany w Siłach Samoobrony, ale nowa dekada stawiała nowe wyzwania. Wraz z administracją Ronalda Reagana w Waszyngtonie zimna wojna weszła w nową fazę. Na Dalekim Wschodzie Związek Radziecki zwiększył swoje siły skierowane przeciwko Chinom. Prawie 2/3 tych wojsk zostało rozmieszczonych w promieniu około 1200 kilometrów od Hokkaido i stanowiło potencjalne zagrożenie dla Japonii. Pomimo normalizacji stosunków planiści Agencji Obrony i Jieitai nie ufali ChRL i uważali ją za kolejne potencjalne zagrożenie. Szczególne obawy budziła rosnąca liczba chińskich pocisków balistycznych. Wiele uwagi poświęcono, jak zawsze, sytuacji na Półwyspie Koreańskim.
W takich warunkach w roku 1982 do wielkiej polityki powrócił Yasuhiro Nakasone, tym razem jako premier. Nadal był zwolennikiem rozbudowy Sił Samoobrony i bardziej aktywnej polityki zagranicznej. Jednak największym wyzwaniem dla nowego rządu okazały się nie Chiny, czy Związek Radziecki, lecz Stany Zjednoczone. W amerykańskim społeczeństwie i administracji rosła niechęć do Japonii. Rosnący deficyt handlowy i japońskie inwestycje w USA sprawiły, że dla wielu Amerykanów Japonia stała się zagrożeniem równie wielkim jak Związek Radziecki. Zaczęła się wojna handlowa. Każda administracja od czasów późnego Eisenhowera usiłowała poradzić sobie z rosnącym deficytem handlowym z Japonią. Kolejne rządy w Tokio nie ułatwiły sprawy i w oczach amerykańskich urzędników unikały jakiegokolwiek konstruktywnego rozwiązania. Do tego japońskie ministerstwo przemysłu i handlu zagranicznego było u szczytu potęgi. Resort patrzył na świat przez pryzmat interesów gospodarczych i zupełnie nie interesował się czynnikami politycznymi i bezpieczeństwa.
Świetna kondycja japońskiej gospodarki jedynie zachęcała Waszyngton do zwiększania nacisków na Tokio, aby wydawało więcej na zbrojenia i brało większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo, swoje i regionalne. Stąd też w cieniu rozmów na temat gospodarki toczyły się nie mniej aktywne i trudne negocjacje polityczno-militarne. Nakasone okazał się chętnym, ale trudnym partnerem. Podobnie jak Kishi, uczynił z odbudowy międzynarodowej pozycji Japonii swój główny cel. Przez całe lat 80. japońskie wydatki na obronę rosły w tempie 5–6% rocznie, nadal pozostając poniżej progu 1% PKB. Niemniej Japonia dysponowała przez cały ten okres szóstym największym budżetem militarnym świata po USA, Związku Radzieckim, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech Zachodnich.
Nie zaspokajało to jednak amerykańskich żądań. Sam Nakasone był ograniczany przez partyjnych kolegów i biurokrację, niechętne radykalnym zmianom. W ten sposób upadł pomysł premiera, by wysłać zespół przeciwminowy na wody Zatoki Perskiej w celu wsparcia działań USA w trakcie wojny o tankowce. Natomiast w dwustronnych negocjacjach udało się osiągnąć kompromis – Japończycy zgodzili się płacić więcej na utrzymanie USFJ.
Paradoksy i absurdy
Wszystkie opisane wyżej sprzeczności bardzo silnie odbijały się na doktrynie Sił Samoobrony i ich wyposażeniu. Paradoks dosłownie gonił paradoks. Najbardziej znany jest podział uzbrojenia na „defensywne” i „ofensywne”. Tego drugiego oczywiście Siły Samoobrony posiadać nie powinny. Samo przyporządkowanie konkretnego typu uzbrojenia lub formacji było mocno dyskusyjne. Bardzo dobrze zilustruje to przykład jednostek powietrznodesantowych, formacji z natury ofensywnej. Agencja Obrony naciskała na ich rozwój z dwóch powodów. Spadochroniarzy można było wykorzystać jako jednostki szybkiego reagowania, a po wtóre były to jedyne oddziały bezpośrednio podległe agencji. Tym sposobem powstało coś na kształt odwodu naczelnego dowództwa. Drugą stroną medalu był brak samolotów transportowych zdolnych przerzucić spadochroniarzy z jednego końca kraju na drugi. Powód był prosty – maszyny o zasięgu ponad tysiąca kilometrów uznano za „ofensywne”.
Kolejny problem dotyczył pozyskiwania i produkcji uzbrojenia. MITI obstawało przy rozwijaniu rodzimych modeli. W ten sposób można było wspierać krajowy przemysł i ograniczyć amerykańskie wpływy. Z kolei ministerstwo finansów naciskało, by kupować jak najtaniej, nieważne w kraju czy za granicą, czyli w Stanach Zjednoczonych. Agencja Obrony i Siły Samoobrony lawirowały między tymi skrajnościami, usiłując pozyskać jak najlepszy sprzęt. O ile w Lądowych Siłach Samoobrony dominowało rodzime uzbrojenie, a w Morskich Siłach Samoobrony okręty krajowej budowy, chociaż najczęściej z amerykańskim wyposażeniem, o tyle Powietrzne Siły Samoobrony były niejako skazane na samoloty „made in USA”.
Wypadkową tarć między MITI a ministerstwem finansów było często kupowanie licencji na amerykańskie maszyny, a następnie maksymalna ich japonizacja. Prowadziło to jednak do wzrostu ceny jednostkowej. Japoński F-4EJ był dwa razy droższy niż zwykły F-4E. Gdy ministerstwo finansów było zwycięskie w międzyresortowych potyczkach, oznaczało to koniec dobrze zapowiadających się projektów. W latach 60. Kawasaki przedstawiło dobrze zapowiadający się projekt morskiego samolotu patrolowego. Został on wstrzymany, a zamiast tego zakupiono licencję na produkcję P-3 Orionów. Oczywiście amerykańskie koncerny aktywnie wspierały taką politykę ministerstwa finansów. Japońską polityką regularnie wstrząsały skandale korupcyjne, w których producenci uzbrojenia z USA grali pierwsze skrzypce. Jeden z takich skandali doprowadził do upadku gabinetu Kakueia Tanaki, a kolejne afery z okresu zimnej wojny wychodzą na jaw do dzisiaj.
Paradoksy Lądowych Sił Samoobrony
Kolejnym problemem był brak spójnej doktryny. Lądowe Siły Samoobrony zaczynały jako lekka formacja skoncentrowana na bezpieczeństwie wewnętrznym. Dość szybko zaczęło się jednak przesuwanie w stronę cięższej formacji przeznaczonej do odparcia inwazji. Za najbardziej zagrożony region uznano Hokkaido. Spodziewano się, że właśnie tam mogą wylądować Rosjanie. Starcie z armią radziecką oznaczało zaś masowe zastosowanie czołgów. Rikujō Jieitai skoncentrowało uwagę na północy kraju i rozbudowie tam formacji pancernych. Tutaj zaczyna się cała seria paradoksów. Mimo rozbudowy formacji ciężkich lokalna infrastruktura w niewielkim stopniu uwzględniała ich potrzeby. Często na przeszkodzie stawała sama natura, częściej jednak kwestie polityczne. W efekcie szybki przerzut jednostek i sprawna logistyka był raczej w sferze marzeń.
Liczba jednostek pancernych rosła przez cały okres zimnej wojny, nie podążała jednak za tym dostateczna liczba transporterów opancerzonych, umożliwiających piechocie towarzyszenie czołgom. Z kolei bojowe wozy piechoty dotarły do jednostek dopiero na przełomie lat 80. i 90, w bardzo niedużej liczbie. Transportery opancerzone chętniej wykorzystywano do przeróbek na pojazdy specjalistyczne. Tutaj objawił się kolejny paradoks. Siły Samoobrony jako jedne z pierwszych wprowadziły do służby niszczyciele czołgów uzbrojone w przeciwpancerne pociski kierowane. Były to transportery opancerzone typu 60 z pociskami 64MAT/KAM-3. Jednak aż do lat 80. podstawową lekka bronią przeciwpancerną piechoty były pancerzownice M20 Super Bazooka.

Transporter typu 60 z pociskami KAM-3.
(Operator 17, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe)
Podobną mieszanką był podstawowy czołg tego okresu – typ 74. Z jednej strony miał on całkowicie elektryczny układ stabilizowania armaty w dwóch płaszczyznach i jako pierwszy seryjnie produkowany wóz bojowy otrzymał zawieszenie hydropneumatyczne. Jednocześnie, gdy w Związku Radzieckim i na Zachodzie wprowadzano już pancerze kompozytowe, Japończycy pozostali wierni jednorodnemu odlewanemu pancerzowi stalowemu. System kierowania ognia był, jak na japoński potencjał technologiczny lat 70., zaskakująco prosty – komputer balistyczny automatycznie wprowadzał jedynie odległość do celu, resztę danych trzeba było wprowadzać ręcznie.
Tymczasem w Morskich Siłach Samoobrony
Paradoksów w Morskich Siłach Samoobrony było momentami jeszcze więcej. Formalnie ich głównym zadaniem była obrona Wysp Macierzystych przed inwazją. Brakowało jednak zgody, czy walka z flotą inwazyjną ma być prowadzona na pełnym morzu, czy u własnych brzegów. Generalnie jednostek łączonych z obroną wybrzeża było mało. Kutry torpedowe, a następnie rakietowe były rzadkością, zaś rozbudowa sił minowych i przeciwminowych ruszyła dopiero w latach 70.
Dowództwo Kaijō Jieitai od samego początku koncentrowało się na budowie sił eskortowych. Priorytet miały niszczyciele i niszczyciele eskortowe (fregaty) optymalizowane pod kątem ZOP. Było to pokłosie doświadczeń drugiej wojny światowej, gdy aliancka ofensywa podwodna złamała japoński transport morski. Japońska koncentracja na eskortowcach bardzo odpowiadała US Navy. Amerykanom podobała się koncepcja w której oni zapewniają siły ofensywne, zaś Japończycy odpowiadają za obronę konwojów idących przez Pacyfik. Po rewizji sojuszu w połowie lat 70. Waszyngton przymusił Japonię do przyjęcia koncepcji trójkąta TGT – w razie wojny sił japońskie miały zapewnić bezpieczeństwo transportu morskiego w trójkącie wyznaczanym przez Tokio, Guam i Tajwan.

Yukikaze (na zdjęciu) i Harukaze to pierwsze niszczyciele zaprojektowane i zbudowane w Japonii po wojnie.
(Kaijō Jieitai)
Morskie Siły Samoobrony najściślej współpracowały z Amerykanami. Tym sposobem stały się najlepiej wyszkolonym i zorganizowanym elementem Jieitai. Z drugiej strony przylgnęła do nich łatka „dodatku do US Navy”.
Jak przekładało się to na budowane okręty? Jednostki budowane do końca lat 70. były mocno przechylone w stronę ZOP. Japończycy szybko przyjmowali nowe sonary, rakietowe bomby głębinowe i rakietotorpedy. Szybko zdali sobie także sprawę z zalet śmigłowców w zwalczaniu okrętów podwodnych, a w latach 60. prowadzili eksperymenty z pierwszymi bezzałogowymi wiropłatami.
Natomiast podstawową bronią przeciw okrętom nawodnym i przeciwlotniczą bardzo długo były armaty kalibrów 127 i 76 milimetrów. Rakietowe uzbrojenie przeciwlotnicze na szerszą skalę zaczęło pojawiać się na pokładach japońskich niszczycieli dopiero w latach 80., a i tak najczęściej służyło obronie własnej. Zdolności do obrony przeciwlotniczej całych zespołów floty pojawiły się dopiero w latach 90. wraz z wyposażonymi w system Aegis niszczycielami typu Kongō.
Również pociski przeciwokrętowe zaczęły trafiać na uzbrojenie Kaijō Jieitai dopiero w latach 80. Przyczyną było oczywiście uznanie pocisków za system ofensywny. Było to zresztą przyczyną ostrego sporu z Lądowymi Siłami Samoobrony. Zniecierpliwione opieszałością marynarki Rikujō Jieitai na własną rękę jako pierwsze wprowadziło do uzbrojenia lądowe pociski przeciwokrętowe typu 80 i przystąpiły do tworzenia wyposażonych w nie jednostek obrony wybrzeża. W tym przypadku pociski były systemem czysto defensywnym. Morskie Siły Samoobrony uznały to za naruszenie ich kompetencji, niewiele jednak wskórały. W Lądowych Siłach Samoobrony niewiara w zdolność marynarki do powstrzymania floty inwazyjnej była tak duża, że pocisk przeciwpancerny typu79 Jyu-MAT projektowany był z myślą o zwalczaniu nie tylko czołgów, ale też lekkich jednostek nawodnych, jak kutry i barki desantowe.
Morskie Siły Samoobrony miały też inny paradoks z serii ofensywne/defensywne. Od samego początku dużo wysiłku wkładano w budowę floty podwodnej. Wytłumaczenie było proste, własne okręty podwodne miały służyć lepszemu szkoleniu sił ZOP. Szybko jednak okazało się, że okręty podwodne świetnie nadają się do monitorowania ruchów radzieckich jednostek, mogą skrycie stawiać miny, a także atakować flotę inwazyjną. Innymi słowy: okręt podwodny stał się systemem „defensywnym” par excellence.
A samoloty latają wysoko
Powietrzne Siły Samoobrony miały początkowo najłatwiej. Nie były obciążone dziedzictwem cesarskich sił zbrojnych, a po doświadczaniu amerykańskich nalotów dywanowych nikt nie kwestionował defensywnego charakteru lotnictwa. Na tle kolegów lotnicy byli niczym rycerze w lśniących zbrojach.
Każdy kij ma jednak dwa końce. Kōkū Jieitai było tak skoncentrowane na obronie powietrznej, że nie dostrzegało innych zadań stawianych normalnie przed lotnictwem. Kolejne generacje samolotów to niemal wyłącznie myśliwce. Po F-86F i D przyszły F-104J, F-4EJ i w końcu F-15J. Jak wykazał wypadek z MiG-iem-25, nawet z wypełnianiem zadań obrony powietrznej było słabo. Amerykanie kpili, że Powietrzne Siły Samoobrony chcą tylko latać na wysokości 30 tysięcy stóp i niczym innym się nie przejmować. Pierwsze samoloty wczesnego ostrzegania weszły do służby dopiero w roku 1983, chociaż eksperymentowano z nimi już w latach 60.
Brakowało maszyn rozpoznawczych i uderzeniowych, zdolnych zapewnić wsparcie siłom lądowym. Te ostatnie uznano za zbyt ofensywne. Japońskie F-4EJ zostały pozbawione możliwości atakowania celów naziemnych. Zaprojektowany jako samolot bezpośredniego wsparcia Mitsubishi F-1 lepiej nadawał się do atakowania okrętów. W atakowaniu celów naziemnych jego możliwości poważnie ograniczał brak precyzyjnego uzbrojenia. To trafiło na wyposażenie Kōkū Jieitai dopiero w roku 2005!
Brak odpowiedniego uzbrojenia nie był jedynym czynnikiem utrudniającym współpracę z Lądowymi Siłami Samoobrony. Mimo współpracy z Amerykanami i wspólnych ćwiczeń, Japończykom brakowało nawigatorów naprowadzania przeszkolonych we wskazywaniu celów lotnictwu. Ich szkoleniu nie poświęcano zbyt wiele uwagi, uznając je za zbyt „ofensywne”. Było to powodem kolejnych frustracji Rikujō Jieitai.
Zamiast zakończenia
Od swojego powstania w roku 1954 do zakończenia zimnej wojny japońskie Siły Samoobrony przeszły długą drogę. W roku 1990 były to jedne z najlepiej finansowanych i wyposażonych sił zbrojnych świata. Jednak ze względu na ograniczenia prawne i problemy strukturalne możliwość sprawnego użycia tego arsenału była mocno dyskusyjna. Sami Japończycy z kręgów związanych z Agencją Obrony w przypływie wisielczego humoru żartowali, że w przypadku radzieckiej inwazji Jieitai będzie w stanie stawiać opór przez jeden dzień. Zdaniem Amerykanów byłaby to godzina.
Wiele z tych braków zaczęto nadrabiać dopiero w ostatnich latach. Nadal jest jednak dużo do zrobienia, a niektóre problemy powracają niczym bumerang z zatrważającą regularnością od 70 lat. Wśród nich jest kwestia współdziałania z Amerykanami i zobowiązań Tokio wobec sojusznika. Donald Trump jest kolejnym prezydentem USA, który chce zmusić Japonię, by robiła więcej i podjęła bardziej jednoznaczne zobowiązania. Czas pokaże, czy mu się to uda. Po stronie Trumpa jest na pewno zaostrzająca się sytuacja międzynarodowa. Z kolei jego niechęć do sojuszy może być zdecydowanie kontrproduktywna.
Bibliografia
G. Delamotte, La politique de défense du Japon, Paris 2010.
T. A. Drohan, American-Japanese Security Agreements, Past and Present. Jefferson 2007.
A. Gordon, A modern history of Japan. From Tokugawa Times to the Present, Oxford 2003.
M. Green, K. Murata, The 1978 Guidelines for the US-Japan Defence Cooperation: Process and Historical Impact, Waszyngton 1998.
T. Kubo, Security in North East Asia, Rand 1979.
K. Kuzuhara, The Korean War and The National Police Reserve of Japan: Impact of the US Army’s Far East Command on Japan’s Defense Capability, NIDS Journal of Defense and Security 7, 95-116 2006.
P.F. Langer, Changing Japanese security perspectives, Rand 1979.
R. McGregor, Reckoning: China, Japan, and the Future of US Power in the Pacific Century. New York 2017.
G. Mulloy, Defenders of Japan, Londyn 2021.
A. Patalano, Post-war Japan as a Seapower. Imperial Legacy, Wartime Experience and the Making of a Navy, London 2015.
E. Pflimlin, Le retour du Soleil-Levant: la nouvelle ascension militaire du Japon, Paris 2010.
D. Roy, La mutation stratégique du Japon 1945-2010. Quebec 2010.
J-J. Ségéric, Le Japon Militaire, Paris 2013.
A. Skabelund, Inglorious, Illegal Bastards: Japan’s Self-Defense Force during the Cold War, Cornell University Press 2022.
S. Smith, Japan Rearmed: The Politics of Military Power, Harvard 2019.