Kiedy mówi się o straszliwych okrucieństwach Cesarskiej Armii Japońskiej wobec europejskich jeńców wojennych, należy widzieć je w ogólnym kontekście japońskich zbrodni, takich jak na przykład masakra w Nankinie. Jeśli w latach 1941–1945 zmarło 6,2% jeńców Wspólnoty Narodów przetrzymywanych przez Japończyków, to odpowiednia liczba dla Holendrów wynosi 23%, dla Amerykanów 41,6% i przerażające 77% (230 tysięcy z 300 tysięcy) dla indonezyjskich robotników przymusowych. Jak powiedział Pedro Lopez, adwokat filipiński występujący na procesie japońskich zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za śmierć 131 tysięcy Filipińczyków (liczba udokumentowana, rzeczywista była prawdopodobnie wielokrotnie wyższa), „setki ludzi umarło powolną i bolesną śmiercią w mrocznych, cuchnących i zawszonych celach”.
Literatura poświęcona „czasom grozy na Wschodzie” (określenie jednego z historyków) jest bardzo obszerna. Obóz śmierci w Kachanaburi nad rzeką Kwai, Jednostka 731, w której przeprowadzano eksperymenty z wąglikiem, więzienie Changi w Singapurze, koreańskie kobiety zmuszane do prostytucji, bataański marsz śmierci i tak dalej to jedne z najbardziej ponurych kart w długich dziejach krzywd wyrządzonych człowiekowi przez człowieka. Istnieje wiele innych, mniej znanych przykładów barbarzyńskiego postępowania wojsk japońskich – wystarczy wspomnieć o psychopatycznym sadyzmie japońskiej marynarki wojennej, a zwłaszcza jej żołnierzy piechoty morskiej. Wiele wskazuje na to, że Japończycy oficjalnie sankcjonowali torturowanie jeńców i rutynowe egzekucje.
W świetle zeznań złożonych przed Trybunałem Zbrodni Wojennych w Tokio można uznać, że los załogi SS Tjisalak nie był niczym wyjątkowym. Rankiem 26 marca 1944 roku 5787-tonowy holenderski frachtowiec, płynący z Melbourne do Colombo na Cejlonie, został trafiony torpedą na Oceanie Indyjskim. Kapitan wydał załodze rozkaz opuszczenia statku. Holendrzy nie wiedzieli, że rok wcześniej japońska marynarka wojenna nakazała dowódcom okrętów podwodnych: „Nie poprzestawać na zatopieniu nieprzyjacielskich statków i ich ładunku. Dokonać całkowitego unicestwienia załóg nieprzyjacielskich statków”. To, co nastąpiło, było więc zgodne z oficjalnymi wytycznymi japońskiej Admiralicji.
Artykuł jest fragmentem książki
WICHER WOJNY
↓ KLIKNIJ I KUP PONIŻEJ ↓
Japoński okręt podwodny I-8 wynurzył się na powierzchnię, a jego dowódca, Tatsunosuke Ariizumi, kazał podwładnym podpłynąć do trzech szalup ratunkowych z rozbitkami, które ostrzelano z karabinów maszynowych. Tych, którzy przeżyli ostrzał, zmuszono do wejścia na pokład okrętu podwodnego, gdzie Japończycy ich rozbroili i związali im ręce. W ciągu kilku minut pokład dziobowy I-8 zapełnił się Chińczykami, Hindusami i Europejczykami z załogi Tjisalaka. Marynarze japońscy zaczęli po kolei ścinać Europejczyków.
„Podchodzili, uderzali delikwenta w plecy, wyciągali go na środek, a potem jeden z facetów z mieczem ścinał mu głowę. Ciach! – wspominał radiooperator Tjisalaka. – Jednemu ścięli głowę do połowy i patrzyli, jak rzuca się po pokładzie. Innym odrąbywali głowy jednym cięciem i wyrzucali ich za burtę. Śmiali się przy tym”. Potwierdzał to inny ocalały członek załogi, 21‑letni brytyjski radiotelegrafista Blears. „Bawili się, a kamerzysta filmował wszystko!”. Kiedy prowadzono go na egzekucję, Blears widział „dwóch japońskich oficerów czekających na nas, jeden z mieczem, a drugi z oburęcznym młotem”.

Shirō Ishii, dowódca osławionej jednostki 731, prowadzącej zbrodnicze eksperymenty z bronią biologiczną. Po wojnie Amerykanie zapewnili mu immunitet w zamian za udostępnienie wyników „badań”.
Udało mu się oswobodzić jedną rękę, wskoczył do wody i dopłynął do unoszącej się na fali części z wraka Tjisalaka, choć dwóch Japończyków siedzących na leżakach strzelało do niego. Płynął ile sił, bojąc się rekinów, które zwabiał zapach krwi jego zabitych kolegów. Na I-8 tymczasem 22 członków załogi frachtowca związano razem długimi sznurami, po czym okręt zanurzył się, „wciągając pod wodę wierzgających i szarpiących się ludzi, celowo ich topiąc”. Hindus nazwiskiem Dhange cudem się wyswobodził i mógł potem złożyć zeznania przed sądem, razem z Blearsem i radiooperatorem.
Japończycy z reguły zatapiali szalupy ratunkowe i zabijali unoszących się na wodzie rozbitków. W marcu japoński okręt podwodny I-26 storpedował amerykański statek Richard Hovey, płynący z Bombaju w stronę Kanału Sueskiego. Wynurzył się, ostrzelał z działek przeciwlotniczych 25 mm szalupy i tratwy, a potem jeszcze je staranował. Kapitan Harry Goudy wspominał, że Japończycy „śmiali się i wydawali się nieźle bawić naszym nieszczęściem”. Ta zbrodnia też była filmowana.
Podobny los spotkał załogę amerykańskiego statku Jean Nicolet, płynącego z Kalifornii do Kalkuty w lipcu 1944 roku. William Musser, 17‑letni steward, został wciągnięty na pokład japońskiego okrętu podwodnego, który zatopił jego jednostkę, i
dwaj japońscy marynarze natychmiast poprowadzili [go] w stronę dziobu. Nagle jeden z nich odwrócił się i z rozmachem uderzył Mussera w głowę kawałkiem stalowej rurki. Japończycy śmiali się głośno z oszołomionego i przerażonego Mussera, który szedł chwiejnie. Ten sam Japończyk starannie wycelował pistolet, nacisnął spust i strzelił; czaszka Amerykanina rozprysła się. Jego zwłoki zostały kopniakami zepchnięte do wody jak worek śmieci.
19‑letniemu starszemu marynarzowi Richardowi Keanowi zabrano cenne przedmioty i kamizelkę ratunkową, po czym związano mu ręce za plecami. Zanim dotarł do dziobu, marynarz japoński dźgnął go bagnetem w brzuch, a drugi uderzył kolbą karabinu w tył głowy. Jego ciało również wrzucono do morza. Reszta jeńców musiała wysłuchać tyrady japońskiego dowódcy, który powiedział im: „Niech to będzie dla was nauczką, że Amerykanie są słabi. Musicie uświadomić sobie, że Japonia będzie rządzić światem” – i tak dalej. Potem Amerykanów pojedynczo wleczono do włazu i wciągano do wnętrza okrętu. „Nocną ciszę rozdarły okrzyki bólu i odgłosy przemocy – zeznawał świadek przed Trybunałem Zbrodni Wojennych w Tokio. – Przerażeni ludzie cierpieli niewypowiedziane męki duchowe, czekając na to, że przyjdą po nich i poprowadzą ku niewiadomemu przeznaczeniu”.

Jedno z najsłynniejszych zdjęć dokumentujących japońskie zbrodnie na jeńcach wojennych. Japoński oficer Yasuno Chikao dokonuje egzekucji australijskiego sierżanta Leonarda Siffleeta.
(via Australian War Memorial, ID: 101099)
Tymczasem na pokładzie Japończycy stanęli w dwóch szeregach i kazali Amerykanom biec przez szpaler; bili ich metalowymi prętami, kolbami karabinów i łańcuchami, dźgali bagnetami i nożami. Na tego, kto dobiegł do końca szpaleru żywy, czekał wielki marynarz. Przebijał on „zakrwawionych i posiniaczonych Amerykanów bagnetem i wyrzucał ich ciała przez burtę, jak przerzuca się siano widłami”.
Niesamowite, że dwóch ludzi jakimś cudem przeżyło ten koszmar. Pomocnik inżyniera Pyle został zraniony mieczem, lecz zdołał wskoczyć do wody, a mata Butlera „jeden [Japończyk] próbował kopnąć w brzuch, drugi uderzył w głowę żelazną rurką, trzeci ciął mieczem nad okiem”, ale też udało mu się wyswobodzić ręce i skoczyć do morza. Trzydziestu nadal stało związanych, oczekując swego losu, gdy rozległa się syrena ogłaszająca zanurzenie i Japończycy zeszli do wnętrza okrętu, zamykając za sobą włazy. Amerykański marynarz zdołał wcześniej ukryć scyzoryk i nim okręt zniknął pod wodą, zdążył uwolnić ręce kilku kolegom. Pozostali utonęli.
Ale naprawdę niewyobrażalnych zbrodni dopuścił się japoński 17‑tysięczny Morski Korpus Obrony Manili w lutym 1945 roku. Wiceadmirał Denshichi Okuchi, wściekły, że Amerykanie odzyskują Filipiny, oświadczył żołnierzom korpusu, że mogą robić, co chcą, z mieszkańcami stolicy, którzy, jak (słusznie) uważali Japończycy, sympatyzują z aliantami. Dwadzieścioro dziewcząt filipińskich zawieziono do klubu oficerskiego o nazwie Coffee Pot, a potem do pobliskiego hotelu Bay View, gdzie „więziono je w osobnych pokojach; w ciągu następnych czterech dni i nocy japońscy oficerowie i żołnierze mogli robić wszystko z przerażonymi dziewczętami, które wyciągano z pokojów i wielokrotnie gwałcono”.

Australijscy i holenderscy jeńcy pracujący na budowie Kolei Birmańskiej.
(Australian War Memorial, ID: P00761.011)
W jednym z pisemnych rozkazów naczelnego dowództwa korpusu z tego okresu czytamy: „Zabijając Filipińczyków, gromadźcie ich w miarę możności w jednym miejscu, aby oszczędzić amunicję i czas”. W dzienniku chorążego Yamaguchiego znajduje się taki zapis: „Ogólnie biorąc, naszym celem jest eksterminacja”. Grupa mieszkańców schroniła się w niemieckim klubie w Manili. Spłonęli żywcem, kiedy marynarze japońscy otoczyli budynek, oblali wyjścia benzyną i podpalili je. Według kronikarza tych zbrodni ludzi próbujących uciec
przebijano bagnetami, niektórzy ginęli również od kul. Kobiety, którym udało się wydostać, zaciągano krzyczące w pobliskie ruiny, a tam japońscy żołnierze zbiorowo je gwałcili. Niektóre miały dzieci na rękach, ale Japończycy najpierw zadźgali niemowlęta, a później rzucili się na matki. Żołnierze japońscy wielokrotnie gwałcili kobiety, a potem często odcinali im piersi bagnetami. Niektórzy oblewali im włosy benzyną i podpalali.
Takie akty bestialstwa powtarzały się w całym mieście „nieprzebraną liczbę razy”.
7 lutego 1945 roku nacierający żołnierze amerykańscy natknęli się na rogu ulic Juan Luna i Moriones w Manili na okaleczone zwłoki 49 Filipińczyków. Dwie trzecie ofiar było kobietami, pozostałe małymi dziećmi i niemowlętami. Wszystkich zastrzelono, zadźgano bagnetami albo ścięto, a większość kobiet – niezależnie od wieku – została zgwałcona. Ciąża nie chroniła przed gwałtem, jak wiemy z wielu ówczesnych świadectw: „W niektórych wypadkach żołnierze japońscy wycinali płód z brzucha kobiety i dopiero potem ją zabijali”. Poza ranami kłutymi od bagnetu niektóre młode ofiary, które przeżyły inną masakrę, „miały odcięte obie brodawki sutkowe, a dwuletniemu chłopcu Japończycy odcięli obie ręce. Niektóre dzieci, najwyżej pięcioletnie, miały rany kłute od bagnetu i ciężkie oparzenia. Sadystycznym japońskim marynarzom chodziło tylko o to, aby zadać dzieciom ból i cierpienie”.
W szpitalu Filipińskiego Czerwonego Krzyża żołnierze Korpusu Obrony Manili dokonali jeszcze jednej straszliwej zbrodni. Pełniący obowiązki dyrektora Modesta Farolan, któremu udało się przeżyć, wspominał: „Z miejsca, w którym byliśmy, słyszeliśmy konające ofiary, przeraźliwe krzyki dzieci, płacz umierających matek i dziewcząt”. Po opuszczeniu kryjówki Farolan odkrył, że „kobiety zostały zgwałcone, rozpłatano im ciała bagnetami od krocza do gardła i pozostawiono na prażącym słońcu na śmierć z upływu krwi. Dzieci chwytano za nogi i rozbijano im głowy o ścianę. Niemowlęta podrzucano do góry i nabijano na bagnety. Płody wycinano bagnetami z ciał ciężarnych kobiet”.
Napaść na szpital Czerwonego Krzyża nie była jakimś odosobnionym wybrykiem japońskich marynarzy. Jednostki Cesarskiej Marynarki Wojennej celowo ostrzeliwały statki szpitalne z wyraźnie widocznymi flagami Czerwonego Krzyża. Japończycy wyjątkowo źle obchodzili się z lekarzami i pielęgniarkami, na przykład w Hongkongu w dniu Bożego Narodzenia 1941 roku, prawdopodobnie dlatego, że dzięki nim ranni żołnierze zachodni wracali na pole walki. Przed wybuchem wojny Japończycy zgodzili się przestrzegać konwencji haskiej z 1907 roku, która chroniła pracowników Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, ale po ataku na Pearl Harbor o tej obietnicy zapomnieli. Statki szpitalne bombardowano w portach, torpedowano na morzu i ostrzeliwano zbyt często, aby mogło to być przypadkiem.
Artykuł jest fragmentem książki
WICHER WOJNY
↓ KLIKNIJ I KUP PONIŻEJ ↓
Japońska marynarka wojenna stosowała czasem bardzo oryginalne metody mordowania ludzi. Na przykład w lutym 1945 roku Japończycy zebrali w holu St Paul’s College w Manili 250 głodnych i spragnionych cywilów i oznajmili im, że w jednym z budynków pod trzema wielkimi żyrandolami jest dla nich żywność i napoje. Jeńcy pobiegli do stołów zastawionych jedzeniem, ale ledwie zdążyli ugryźć pierwszy kęs, eksplodowały ładunki wybuchowe ukryte w żyrandolach. Potem Japończycy wrzucili jeszcze do sali granaty, by dobić tych, którzy przeżyli.
W La Salle College w Manili, zakładzie prowadzonym przez katolickich zakonników, doszło do istnej orgii gwałtów i mordów. Ojciec przełożony wspominał później, że:
ciała rzucano na stos u stóp schodów. Trupy ciskano na żywych. Niewielu ludzi zmarło od razu, niektórzy skonali w ciągu godziny, dwóch, a pozostali powoli wykrwawili się na śmierć. Marynarze wyszli i słyszeliśmy, że piją na dworze. Często wracali, żeby śmiać się i kpić z naszych cierpień.
Wielu Japończyków gwałciło nawet kobiety i dziewczęta wykrwawiające się na śmierć z powodu ran postrzałowych i kłutych. Świadkowie zeznający przed Trybunałem Zbrodni Wojennych opowiadali o wielu jeszcze innych zbrodniach, a ich sprawcy bynajmniej im nie zaprzeczali. Są zbyt ohydne, aby je tu opisywać. Nie ma w każdym razie wątpliwości, że cesarscy marynarze byli nie mniejszymi sadystami i okrutnikami niż ich towarzysze broni z wojsk lądowych.
Artykuł opublikowano we współpracy z wydawnictwem Znak Horyzont. Tytuł i ilustracje pochodzą od redakcji.