„Lepiej jednak skończyć w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie.”
Stanisław Ignacy Witkiewicz
Dla obcych młody malarz, filozof i pisarz był z reguły „tym szalonym Witkacym”, czyli erotomanem, narkomanem i szaleńcem płodzącym dzikie, bzdurne sztuki. Dla bliskich przyjaciół był personą umiłowaną, kopalnią mnogich, skrajnych osobowości.
Witkac, Witkatze, Witkacjusz, Vitkacius, Vitecasse… Szybko rozpadające się ja… Niezliczone fotografie z lat trzydziestych, przedstawiające go w przeróżnych kostiumach, pozach i przebraniach (duchowny, palacz opium, kowboj, kapitalistyczny kolonizator, proletariusz, bandyta z melodramatu), jak i liczne autoportrety to również odzwierciedlenie przypadkowości i efemeryczności rzeczy w świecie nieustannych zmian.
[podpis] Autoportret (1938)[/podpis]
Witkiewicz ojciec pisał: „(…) pedagogia ma na celu wyuczenie już nie latania w obłokach, nie chodzenia na nogach nawet – tylko na szczudłach (…) wynaleziono sposoby zabijania samodzielnej przedsiębiorczości umysłu, łamania i rozluźniania energii twórczej, stawiając jako jedyny i ostateczny cel do osiągnięcia: świadectwo dojrzałości! Nie nauka, nie wiedza, nie rozwój talentu, nie cnota: świadectwo dojrzałości!” Więc mały Witkacy nigdy też do szkoły nie chodził (chociaż maturę zdał). Uczył się czego chciał i kiedy chciał. Może to i lepiej, bo mając pięć lat, grał już na fortepianie i malował, zbierał kamienie oraz owady, a potem urządzał z nich wystawy. W wieku lat ośmiu Ignacy napisał kilkanaście sztuk na modłę Szekspira, Gogola czy Fredry, z których jedna – „Karaluchy” – o napaści karaluchów z „Amery…” na jakieś fikcyjne królestwo – została wystawiona w domowym teatrzyku Witkacego. Jednak najulubieńszą formą wyrazu było dla Stasia malarstwo, popierane i sponsorowane przez ojca, który miał co do niego swoje ściśle określone plany – mówił mu, co malować, jak co przedstawiać, w jaki sposób trzymać pędzel. Nic więc dziwnego, że po pewnym czasie owej dyktatury mały Witkac nie pałał do tej dziedziny sztuki już taką sympatią jak na początku swej z nią przygody. Jednakże w 1908 młody zaniechał malowania pejzaży (które uwielbiał jego tata), na rzecz figlarnych portretów swych przyjaciół pod wdzięcznymi tytułami – „Książę Ciemności kusi Świętą Teresę przy pomocy kelnera z Budapesztu” czy „Człowiek z wodną puchliną zaczaja się na kochanka swej żony”.
Ignacy był lekkoduchem, niedbałym studentem, porzucił szkołę, rozpoczął życie na własny rachunek, co w skutkach okazało się dla niego opłakane, gdyż podczas iście cygańskich wojaży nabawił się choroby wenerycznej, która stała się dla niego późniejszym motorem do obsesyjnego, chorobliwego niemal dbania o higienę…
Myli się ten, kto sądzi, iż ten swawolny Ignaś żył tylko dla siebie, bez względu na świat go otaczający. Witkacy przeżył bowiem najpierw głęboko samobójstwo swojej długoletniej przyjaciółki Jadwigi Janczewskiej, za które czuł się w pełni odpowiedzialny, potem zaś służył w elitarnym Pułku Pawłowskim Lejbgwardii i został ranny na froncie. Większą część wojny spędził w Petersburgu, gdzie dużo malował, podziwiał twórczość Picassa, po raz pierwszy sięgał po dragi, wiele rozmyślał, upajał się filozofią, estetyką oraz dziką rozpustą i orgiami diabolicznego Rasputina.
Po powrocie do Polski wystawił po raz pierwszy swoją sztukę pt. „Tumor Mózgowicz”, której spektakl wprawił autora w znakomity nastrój, powszechnie zaś wywołując skandal i na wieki przyczepiając mu etykietkę mętnego obłąkańca.
[podpis] Autoportret (1913)[/podpis]
Kilka lat później Witkacy ni z tego, ni z owego zerwał a malarstwem artystycznym, traktując portrety jedynie jako źródło zarobku. Od tego momenty zajął się powieścią, stworzył nawet swój własny jej gatunek – powieść intelektualną. W „Nienasyceniu” i „Pożegnaniu jesieni” – antyutopijnych arcydziełach – czołową rolę powierzył Ignacy młodemu rozdygotanemu wewnętrznie człowiekowi, niedoszłemu artyście, którego pierwsze przeżycia seksualne i dociekanie sensu egzystencjalnego przerwane zostają wielkimi katastrofami społecznymi.
Od tego czasu narkotyki są nieodstąpionym towarzyszem kontrowersyjnej persony. Badał on naturę i ich oddziaływanie, przez szereg lat eksperymentował malując portrety pod wpływem różnych narkotyków (najczęściej peyotlu) w celu przekonania się, jak poszerzają one postrzeganie i rozumienie. Witkacy jednak nie traktował siebie jak narkomana. Za gorsze zło, jak pisał w książce „Nikotyna, alkohol, kokaina, peyotl, morfina, eter”, uważał papierosy i wódkę – jako narkotyki mas. Jednocześnie bezskutecznie próbował rzucić palenie i picie. Portrety, które wyszły spod jego ręki w tym okresie, zwykł podpisywać „NP” (niepalenie) czy „N?” (niepicie) z liczbą miesięcy (częściej liczbą dni) abstynencji.
Borykając się z problemami finansowymi, zarabiał na życie malowaniem portretów; były to obrazki wykonane w szybkim tempie, bez specjalnego entuzjazmu, nie traktowane jako sztuka. Zaznaczając swój dystans do tego typu pracy, wydał Witkacy „Regulamin Firmy”, według którego „wykluczona absolutnie jest wszelka krytyka ze strony klienta”. Mottem Firmy zaś stało się zdanie: „Klient musi być zadowolony. Nieporozumienia wykluczone”.
Nie potrafiąc zagrzać sobie nigdzie miejsca, telepiąc się wciąż między dziką metafizyką a brutalną rzeczywistością, pisał do przyjaciela: „Myślę też często o samobójstwie – że trzeba będzie dla honoru ten trochę wcześniejszy koniec ze sobą uczynić, aby nie dożyć zupełnej degrengolady.
Sama filozofia niestety nie wystarczy do końca, mimo że bez niej byłoby już zbyt parszywie.” Aczkolwiek przewidział dziwnym trafem (a może i nie?…) swoją późniejszą sławę, pozostawiając dla ewentualnych inscenizatorów swych sztuk następujące wskazówki:
„a) możliwie nieuczuciowo, retorycznie wypowiadać zdania;
b) przy zachowaniu poprzedniego warunku – możliwie najszaleńsze tempo gry;
c) możliwie ściśle zachować moje Ťreżyserskieť wskazówki co do położenia osób, jako też o dekoracje według opisu;
d) nie starać się o zrobienie czegoś dziwniejszego, niż jest w tekście, przez kombinacje dekoracyjno-nastrojowo-bebechowe i nienormalny sposób wypowiadania;
e) minimalnie skreślać.”
18 września, rano, po śniadaniu. Godzina ósma. Poszliśmy do lasu. Usiedliśmy pod dębem. Stasiu zaczął zażywać pastylki efedryny.
– Po co to bierzesz?- zapytałam.
– Bo krew będzie żywiej krążyć, szybciej ze mnie wyjdzie – odpowiedział Staś mający sobie podciąć żyły.
Rozpuścił w garnuszku 18 pastylek luminalu i 2 pastylki cybalginy. Wypiliśmy o godzinie 11 z minutami. Potem pożegnaliśmy się… Stasio zaczął ciąć rękę brzytwą, ale krew czegoś nie szła. Przeciął żylak na prawej nodze, lecz i tu nie było krwi. Byłam coraz bardziej osłabiona. Nie mogłam opanować senności.
– Nie zasypiaj! – krzyknął Stasio. – Nie zostawiaj mnie samego!
Po chwili zastanowienia się oznajmił:
– Jak ty zaśniesz, to poderżnę sobie gardło… – zamierzał pociąć tylko jedną żyłę. Nazwał ją. Wyjaśnił, że jeżeli się wie, jak to zrobić, to wszystko… pójdzie gładko, nie trzeba ciąć całego gardła.
… znów zaczęłam zasypiać i kiedy nie mogłam już siedzieć, położyłam się coraz gorzej słysząc i widząc… Obudziłam się w nocy. Miałam torsje. Stasia obok nie było… Znów zasnęłam. Gdy obudziłam się ponownie, był już ranek. Pod głową miałam marynarkę, którą musiał podłożyć Staś. Leżał obok na wznak, z podkuloną lewą nogą, ręce miał zgięte w łokciach i odchylone w górę. Oczy i usta otwarte… W twarzy była ulga. Odprężenie po wielkim zmęczeniu. Zaczęłam krzyczeć. Coś mówić do Stasia.
Oboje byliśmy mokrzy od porannej mgły, z dębu padały na nas żołędzie. Chciałam go grzebać, rękami nań zgarniając ziemię. Wodą z kubka od luminalu umyłam mu twarz i okryłam paprociami. Byłam strasznie osłabiona. Widziałam podwójnie. Było wtedy dwóch … Stasiów i po kilka rękopisów, które należało zabezpieczyć, ale nie wiedziałam jak, odchodziłam od Stasia na czworakach i wracałam, bezradnie siadając na ziemi. Był wtorek 19 września 1939 roku.”
[podpis] Dwie głowy (1920). Olej na płótnie. 65 x 77,5 cm, Muzeum Sztuki, Łódź[/podpis]
Tego dnia przyjaciele zaczęli szukać Witkacego. Znaleźli zszokowaną, półprzytomną Czesię Konarską. Ignacego pochowali na małym prawosławnym cmentarzu, uprzednio włożywszy go i jego nieodstępną laskę do prostej, zrobionej z desek trumny. Na grobie postawiono sosnowy krzyż z nazwiskiem wyciętym scyzorykiem. W Zakopanem, obok grobu matki, Witkacy ma swój drugi grób.
Do najwspanialszych, najbardziej porywczych i zastanawiających utworów Vitkaciusa należą z pewnością rzeczy typu: „Mister Proce, czyli Bzik tropikalny”, „Panna Tutli-Putli”, „Metafizyka dwugłowego cielęcia”, „Kurka Wodna”, „Nadobnisie i koczkodany”, „Jan Maciej Karol Wścieklica” czy „Sonata Belzebuba”. Najzacniejszymi jednak okrzyknięto te, które ośmielam się zaprezentować krótko poniżej.
[podpis] Portret Ireny Szaroty (1918). Pastel na papierze. 46 x 53,5 cm. Własność prywatna.[/podpis]
Tumor Mózgowicz
Jest to pierwsza wystawiona sztuka Witkacego, której reżyser – Teofil Trzciński – musiał przełamać opór cenzury i opinii publicznej, nieprzyjaznej jednoznacznie temu przedsięwzięciu. To sztuka, „fantazja na temat przewrotu w matematyce i fizyce”, bezpośrednio wprowadzająca tropiki w roli tła i dająca tym samym szeroki obraz między kultur Zachodu i Wschodu.
Tumor Mózgowicz, „matematyk bardzo sławny, niskiego pochodzenia”, Książę Liczb, „olbrzym zbudowany jak tur, z jasnymi, niebieskimi oczami i spadającą blond grzywą zmierzwionych włosów”, jest synem chytrego, starego chłopa, wobec tego przeżywa ciężkie katorgi, bo wie, że jest tylko „potwornym chamem”. Może to wewnętrzne przybicie sprawia, że Tumor jest wydajny tak samo w łóżku, jak i za biurkiem – ma wiele dzieci, które mnożą się tak prędko, że biedny tatko nie jest w stanie ich zidentyfikować, a nawet określić, skąd się biorą. Na scenie pojawia się jedynie dwu synów i córa, a także najnowszy Mózgowicz – Izydor, oczekiwany przez najświeższą żonę Tumora, Rozhulantynę, „wściekle rasową i ponętną”, która marzy o mieszkaniu na bezludnej wyspie, gdzie jak królik produkowałaby dzieci z wielkim człowiekiem.
Od życia Tumora rzeczywiście wieje zagmatwaniem – nieborak kocha się w swej osiemnastoletniej przyrodniej córce – Izi – demonicznym rudzielcu. Pod wpływem do niej pożądania Tumor tworzy nowy rewolucyjny system matematyczny, oparty na nowych liczbach ponadskończonych, nazwanych przez wynalazcę „tumorami”, które mnożą się same, podobnie jak jego dzieci.
Niepodległość Trójkątów
Jest to sztuka dotychczas, nie wiedzieć czemu, nie wystawiana. Utwór to dziwny i zagadkowy. Na tle fragmentarycznych obrazów antyutopii z nowymi, niezrozumiałymi sektami, ceremoniałami i rytuałami dramat rozwija się wokół sztuki, miłości i wojny – rozrywek, z których można układać różne „trójkąty”. Jest zatem intrygą o charakterze artystycznym i erotycznym, a także wojskowym i erotycznym.
Zagadkowy tytuł powtarza się przez całą długość trwania utworu, proponuje wolność form jako wzorzec.
Tradycyjne więc „trójkąty” dramatu stają się niezależne od rzeczywistości i stają się geometrycznymi, abstrakcyjnymi całkiem kształtami.
Nienasycenie
To druga z głównych powieści Witkacego – obszerna fantazja antyutopijna. Zawarta w niej wizja superzdyscyplinowanego państwa chińskich komunistów, które podbija nierealną kontrrewolucyjną Rosję, czyni z „Nienasycenia” jedną z najciekawszych powieści XX w.
Jej bohaterem jest młody Genezyp Kapen, który przechodzi pełne wtajemniczenie uczuciowe i intelektualne. Przysłuchując się dyskusjom uczonych i artystów, wnika w problemy religii, sztuki, literatury, przedstawione w sposób, jaki wyobrażał je sobie sam Witkiewicz. Genezyp poznaje miłość w najrozmaitszych odmianach: cyniczno-zmysłowej, homoseksualnej, masochistycznej, sentymentalnej. Następnie zostaje wcielony do wojska, gdzie przechodzi wreszcie doświadczenie walki.
Los „nienasyconej” życiem jednostki został w tej powieści przedstawiony przez Witkaca najpełniej. Umiał bowiem przy tym – zachowując zalety kapryśnego, lecz fascynującego stylu – opanować swe natręctwa i swą wielomówność lepiej niż w poprzednim „Pożegnaniu jesieni”.