Recenzując „Cel snajpera, mój Szanowny Kolega pochwalił Autora za niepoświęcanie zbyt wielu stron na wspomnienia z treningu, „wychodząc ze słusznego założenia, że hell week i pozostałe etapy szkolenia BUD/S dostatecznie szeroko opisano w innych książkach”. Jeszcze kilka dni temu gotów byłem się z nim zgodzić. O, my naiwni. David Reid wykazał czarno na białym, że o szkoleniu SEALsów da się napisać równie wiele co o ich dokonaniach bojowych. I równie ciekawie.

„Najdłuższy tydzień” – w przeciwieństwie do książek takich jak „Komandos” czy „Cel snajpera” – nie jest książką wspomnieniową, choć bez wątpienia czerpie ze wspomnień pełnymi garściami. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z powieścią, której główny wątek skupia się na przejściach głównego bohatera w czasie szkolenia dla kandydatów na SEALsów. Oprócz tego mamy też wątki poboczne – miłosny (łatwo zgadnąć, na jakie trudności napotyka w takich okolicznościach nawet najbardziej udany związek) i kryminalny.

Teoretycznie głównym bohaterem jest tu niejaki Grey, a drugoplanowe role odgrywają jego towarzysze z oddziału. W praktyce jednak postaci w ogóle nie istnieją, są zdegradowane do roli mechanizmów fabularnych, które mają pokazać Czytelnikowi poszczególne aspekty szkolenia. Czy Greyowi uda się uratować związek z Vanessą? A kogo to obchodzi? Przecież już za chwilę rozpoczyna się „piekielny tydzień” i jeśli kogokolwiek w ogóle interesuje życie Greya, to tylko pod kątem tego, czy Grey przeżyje najbliższe siedem dni.

Postępowanie instruktorów niejednokrotnie ociera się o sadyzm, jednak trudno się dziwić – ewentualny nieprzyjaciel raczej nie będzie zainteresowany prośbą o powstrzymanie się od walki, „bo jesteśmy wykończeni”. „Najdłuższy tydzień” to coś, co Anglosasi nazywają „pożywieniem dla myśli” – na tle wcześniej wydawanych przez Znak Literanova książek o amerykańskich superżołnierzach ta publikacja każe się zastanowić, czy aby na pewno skórka jest warta wyprawki. Marcinko, Kyle i Wasdin na pewno odpowiedzą twierdząco, ale co może pomyśleć młody człowiek jeszcze przed szkoleniem, gdy ma zapewnione długie dni wyczerpujących ćwiczeń, a sukces jawi się jako odległa i absolutnie niepewna perspektywa?

Skądinąd, anglojęzyczny tytuł – „Cierpieć w milczeniu” – podoba mi się bardziej niż polski, wyraźnie inspirowany Corneliusem Ryanem. Niepodobna uznać mistrza reportażu wojennego za kiepskie źródło inspiracji, oryginalny tytuł ma jednak w sobie jakiś niepokojący posmak, nieomalże streszcza trzech słowach wszystko to, czym jest dla kursanta Hell Week. A skoro już o oryginale mowa, należy się kilka ciepłych słów polskiemu przekładowi. Od początku serii o amerykańskich siłach specjalnych tłumaczeniem tych książek zajmuje się duet Müller–Romanek; w tym wypadku pracę wykonał ten pierwszy. Jak zwykle poziom przekładu jest lepiej niż zadowalający, wciąż jednak paskudnie irytują mnie przezwiska bohaterów zachowane po angielsku. W moim odczuciu jest to pójście po linii najmniejszego oporu. Ale w tym wypadku Czytelnik powinien uszanować strategię tłumacza, nawet jeśli się z nią – tak jak ja – nie zgadza.

Powiedzmy sobie szczerze, David Reid nie jest wybitnym pisarzem. Ba, ledwo się kwalifikuje do miana dobrego. Ale wartość „Najdłuższego tygodnia” niewiele ma wspólnego z jakością literacką. Jest to przede wszystkim poruszające i otwierające oczy uzupełnienie serii o amerykańskich siłach specjalnych. Ktoś mógłby powiedzieć, że to najsłabsza część cyklu – żadnych bitew, żadnej prawdziwej walki – ale ja zastanawiałbym się raczej, czy aby nie jest to część najciekawsza.