Jak już pisałem, recenzując „Banitę”, Jacka Komudy, gdyby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zajmował się pisarzami, spadkobiercom Henryka Sienkiewicza groziłyby wielomilionowe kary. Komuda jednak dzielnie z monopolem walczy i oto pojawia się w księgarniach kolejny bój wydany przezeń polskiemu nobliście – drugi tom powieści „Samozwaniec”.

Postać Dymitra Samozwańca jest w Polsce dość dobrze znana, przynajmniej Samozwańca pierwszego (było ich w sumie trzech), toteż pozwolę sobie nie referować tu jego biografii. Zresztą jeśli ktoś chciałby ją poznać, może równie dobrze sięgnąć po powieść Komudy. Znakiem firmowym jego twórczości jest bowiem doskonałe przygotowani pod względem merytorycznym. Jako historyk i pasjonat (nie mylić z posesjonatem) Komuda doskonale wie, o czym pisze.

Mało tego. Autor lubi się przechwalać wiedzą i czyni to namiętnie. Co poniektóre kwestie wyjaśnia w przypisach końcowych (w obu tomach jest ich 45 stron) – opowiada na przykład ze szczegółami o szlacheckim domostwie z początków XVII wieku. Większą dawkę wiedzy otrzymujemy jednak we właściwej treści. Szczególny styl, wahający się między narracją z epoki, powieścią quasi-Sienkiewiczowską i opowieścią snutą w czasach nam współczesnych, z jednej strony może irytować, gdyż tworzy wrażenie, jakby autor sam nie mógł się zdecydować, jak ma pisać, z drugiej jednak pozwala na zabiegi, które przeciwnym razie nie byłyby możliwe. Przecież XVII-wieczny dziejopis nie musiałby wtrącać tłumaczeń, z jakimż to „niezwykłym” przedmiotem ma akurat do czynienia bohater.

Komuda tymczasem wplata w tekst nie tylko tego typu wytłumaczenia, lecz i obszerne wykłady na temat ówczesnej Rzeczypospolitej, zwłaszcza zaś stosunków społecznych, tajników wojskowości (husaria!) i wielu innych spraw. Szkoda, że czasami Komuda dopuszcza się grzechu przegadania, w większości przypadków czyta się jednak te „wykłady” szybko i gładko.

Gładko jak całą resztę książki, można by rzec. „Samozwaniec” jest bowiem powieścią bardzo „czytliwą”, łyka się ją strona po stronie, numerki w górnym rogu poszczególnych kart przeskakują zaskakująco szybko. Jest to prawdą w stosunku do obu tomów mimo dzielących je różnic – pierwszy jest bardziej powieścią przygodową w realiach historycznych, drugi jednak zasługuje na miano historycznej powieści husarskiej.

W pierwszym tomie dowiadujemy się, że wskutek nader niepomyślnego splotu okoliczności nowych i minionych Jacek Dydyński, aby objąć swój spadek, musi udać się na Ruś, by odnaleźć krewnego lub potwierdzić, że nie ma go już wśród żywych. Nie widząc innych możliwości, zgłasza swe usługi człowiekowi podającemu się za carewicza Dymitra, kompletującemu zbrojną wyprawę po tron i Czapkę Monomacha. A jakby nie było dość tej awantury, dostaje zadanie udaremnienia spisku na życie Dymitra-Łżedymitra. Dydyńskiemu nieszczególnie uśmiecha się to wszystko, lecz jeśli chce być posesjonatem (nie mylić z pasjonatem), a chce bardzo – nie ma wyjścia. Tom drugi to już husarskie szarże i mniej lub bardziej krwawe spotkania ze spiskowcami.

Jeżeli ktoś ma za sobą lekturę pierwszego tomu „Samozwańca”, wie już zapewne i bez mojej recenzji, czy sięgnąć po tom II, czy też nie. Miłośnicy prozy Komudy, znający go z innych książek, chyba również są gotowi zainwestować w tę powieść. Komu więc mogę polecić tę pozycję – tak, aby wypełnić zasadniczo najważniejszy cel recenzji? Przede wszystkim miłośnikom prozy Sienkiewicza (zwłaszcza, ale nie tylko, Trylogii) i w ogóle porządnej literatury przygodowej. „Samozwaniec” doskonale wpisuje się w nurt wydawniczy Fabryki Słów: nurt publikowania książek przede wszystkim łatwo się czytających, z wartką akcją i wyrazistymi (choć często nieskomplikowanymi) postaciami, ale zarazem dalekich od odmóżdżającej pulpy, jaką serwują Czytelnikom niektóre inne wydawnictwa zajmujące się fantastyką. A nawet na tle innych tytułów Fabryki książki takich autorów jak Adam Przechrzta czy Jacek Komuda wyróżniają się doskonałym przygotowaniem merytorycznym, co dla nas – posesjo… pardon, pasjonatów historii – ma chyba spore znaczenie.