Polscy miłośnicy lotnictwa powinni się złożyć na – tu ukłony w kierunku pana Daukszewicza – „dobrą flaszkę” dla wydawnictwa Zysk i S-ka. Oto bowiem poznańska oficyna uraczyła nas nie tylko wspomnieniami Bohdana Arcta, ale i pierwszorzędną powieścią lotniczą, a nawet dwiema w jednej okładce. Dla uproszczenia przyjmijmy jednak, że jest to jedna powieść, co będzie o tyle łatwiejsze, że wydarzenia opisane w jednej chronologicznie sąsiadują z opisanymi w drugiej.

Podkreślam raz jeszcze z całą mocą: książka Janusza Meissnera nie jest biografią, nie jest literaturą faktu, chociaż wojenne doświadczenia autora z pewnością miały niebagatelny wpływ na jej kształt. Widać je też w bodaj największej zalecie powieści: w szczegółowym, realistycznym wprowadzeniu Czytelnika do głowy głównego bohatera – najpierw pilota myśliwskiego w kampanii wrześniowej, później tylnego strzelca bombowca Vickers Wellington oznaczonego literą „G” (jak Genowefa – on właśnie był więc tytułowym jej żądłem), następnie zaś pełnoprawnego pilota bombowego.

Oprócz realizmu oraz idących z nim w parze fascynujących opisów pojedynków powietrznych największą siłą powieści jest powalający humor. „Jezioro Łabędzie” streszczone przez niejakiego Pryszczyka – pierwsza klasa. Imć Pryszczyk to w ogóle postać fenomenalna, trochę w typie bohaterów Louisa de Funesa (gdyby „Żądło” i „Lucy” miały być ekranizowane, właśnie takiego aktora trzeba by szukać do tej roli), ale i pozostali – piloci, strzelcy, a także Lucy, angielska panienka z nader dobrego domu – są ciekawie skonstruowani. Wszystko to podano zaś Czytelnikowi w estetycznej oprawie graficzno-edytorskiej.

Zajawka na ostatniej stronie okładki twierdzi, że „na powieściach Janusza Meissnera wychowało się kilka pokoleń polskich lotników”. Czy tak rzeczywiście było, nie wiem, ale wierzę na słowo, bo faktycznie pod względem popularyzatorskim mogą się równać z legendarnym „Dywizjonem 303” Fiedlera. Może nie jest to literatura wybitna w tym sensie, w jakim literaturą wybitną są powieści Dostojewskiego czy Coetzeego, ale mamy tu do czynienia z literaturą najwybitniejszą w dziedzinie powieści lotniczej. Oczywiście wynika to w pewnej mierze z faktu, iż ten sektor powieściopisarstwa nie jest szczególnie mocno eksploatowany, ale za to ten fakt ma źródło w tym, że wcale nie tak łatwo napisać dobrą powieść o lotnictwie. Ta zaś jest dużo więcej niż po prostu „dobra”.

A tak na marginesie, jeśli Ty, drogi mój Czytelniku, masz w rodzinie kogoś (zwłaszcza młodego), kogo chciałbyś zainteresować lotnictwem, to właśnie znalazłeś odpowiedni prezent gwiazdkowy.