Po udziale w manewrach trzech lotniskowców i kilku miesiącach w Zatoce Perskiej powoli dobiega końca rejs operacyjny lotniskowca USS Theodore Roosevelt (CVN 71). Tymczasem w marcu dziennikarze portalu USNI News mieli okazję spotkać się z dowódcami jego zespołu i usłyszeć, jak bardzo realistyczne szkolenie przed dotarciem w rejon działań przeszła ubiegłej jesieni grupa bojowa Roosevelta.

W październiku przed lotniskowcem i grupą ochraniających go okrętów postawiono zadanie dotarcia z portu San Diego w Kalifornii na Hawaje. Jednostki miały przedrzeć się przez akwen pełen wrogich okrętów podwodnych i nawodnych, pod okiem dronów i innych środków rozpoznawczych symulowanego przeciwnika. Mogły używać prędkości i manewru, unikając „wroga” lub go niszcząc, pozostając w pobliżu bronionego lotniskowca lub wychodząc w kierunku spodziewanych zagrożeń.

Choć intensywnie trenowano zwalczanie okrętów podwodnych, ich ominięcie lub unieszkodliwienie nie było priorytetem, ale jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Głównym zadaniem było bowiem samodzielne przeprowadzenie uderzeń na wcześniej wyznaczone cele i dokonanie tego, zanim położenie grupy bojowej lotniskowca przestanie być dla przeciwnika tajemnicą. Nawet w przypadku całkowitego uniknięcia strat, jeżeli zaplanowany atak nie doszedłby do skutku, wynik szkolenia byłby negatywny.

Komandor Joe Cahill, dowódca krążownika USS Bunker Hill (CG 52) i osłony Roosevelta, mówi, że w trakcie ostrych strzelań jego podwładni zużyli czternaście pocisków kierowanych, podczas gdy w całej wcześniejszej karierze dane mu było odpalić… jeden. Szef 23. Eskadry Niszczycieli, komandor Bill Daly, dodaje, że ćwiczenie było dobrą okazją, aby sprawdzić współdziałanie między okrętami a lotnictwem.

F/A-18E z eskadry VFA-113 nad lotniskowcem USS Theodore Roosevelt w październiku 2017. (fot. US Navy / Lt. Aaron B. Hicks)

F/A-18E z eskadry VFA-113 nad lotniskowcem USS Theodore Roosevelt w październiku 2017 roku
(fot. US Navy / Lt. Aaron B. Hicks)

Dowódca lotniskowca, komandor Carlos Sardiello, podkreśla, że załogi lotnicze trenowały wykonywanie uderzeń na krawędzi promienia działania swoich maszyn. W pewnym momencie do ataku rzucono „ścianę” czternastu F/A-18, każdy z dwoma pociskami powietrze–woda Harpoon. Jednocześnie dbano o to, aby emisjami elektromagnetycznymi nie zdradzić „nieprzyjacielowi” pozycji lotniskowca. Oczywiście potem Roosevelt musiał też bezpiecznie przyjąć wracające z akcji myśliwce na pokład.

Po raz pierwszy od dawna ćwiczenia nie skupiały się na działaniach ekspedycyjnych na Bliskim Wschodzie, lecz oddawały powrót do strategii „błękitnych wód” i realiów zimnej wojny. US Navy trenowała walkę z równorzędnym przeciwnikiem, bez zakładania z góry, jakim wynikiem ta konfrontacja może się zakończyć. Zdaniem dowódców marynarze słyszeli jednak świst odpalanych rakiet i huk uderzeń w cele, co powinno uczynić ich pewniejszymi swoich możliwości w razie prawdziwego konfliktu.

Zobacz też: America symuluje tankowanie w warunkach bojowych

(usni.org; na fot. tytułowej ćwiczenia S-3B Vikingów z pociskami AGM-84 Harpoon w 2004 roku)

US Navy / Photographer's Mate Airman Chris M. Valdez