Ewolucja koncepcji strategicznej NATO w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych

Jednym z wielu problemów, przed którymi stanął sojusz w latach pięćdziesiątych, było opracowanie przyszłej koncepcji strategicznej. Rozwinięcie pierwszej doktryny obronnej zawarto w dokumencie z września 1950 roku, wydanym pod kryptonimem FC 14/1. Utworzona wówczas „strategia wysuniętych rubieży” przewidywała skoncentrowanie działań wojennych na styku dwóch bloków. Konflikt pomiędzy dwoma paktami wojskowymi miał rozegrać się głównie w Europie Środkowej. 9 grudnia 1952 roku Komitet Wojskowy NATO w dokumencie MC 14/1 „NATO Strategic Guidance” uściślił założenia wcześniejszej doktryny. Nowa koncepcja opierała się na współistnieniu integralnie połączonych sił konwencjonalnych („tarczy”) i nuklearnych („miecza”). Siły konwencjonalne (europejskie) stanowiły element obrony przed potencjalną ofensywą Związku Radzieckiego. Zgromadzone siły i środki miały poradzić sobie z tak zwanymi wojnami przypadkowymi, które nie wymagały angażowania sił nuklearnych1. Miecz stanowiło amerykańskie lotnictwo strategiczne, gdyż decydujące znaczenie przypisywano zaskakującemu, zmasowanemu atakowi jądrowemu, po którym siły konwencjonalne miały przejść do kontrofensywy. W ten sposób skonstruowana strategia oddawała ducha początkowych lat zimnej wojny, kładąc nacisk na użycie strategicznych sił jądrowych, i była po prostu nieelastyczna. Krótko mówiąc, nie nadawała się do zastosowania.

Aby temu zaradzić, próbowano znaleźć rozwiązanie pośrednie, stopniowalne. Niecały rok później, w październiku 1953 roku, sformułowano więc kolejną doktrynę, oznaczoną kryptonimem (F)MC 14/2. Jej korzenie sięgają 1950 roku i doktryny „odpychania komunizmu” amerykańskiego sekretarza stanu Johna F. Dullesa. Niedługo potem koncepcję przyjął Departament Obrony Stanów Zjednoczonych. Jej założenia nieodłącznie wiązały się ze stworzoną we wrześniu 1953 roku przez prezydenta Dwighta D. Eisenhowera „doktryną wyzwolenia”. Jakie były przyczyny zmiany myślenia członków sojuszu? Genezy natowskiej doktryny należy upatrywać w ówczesnym układzie sił, a mianowicie wzroście potencjału jądrowego i termojądrowego w ZSRR. Sowieci po raz pierwszy osiągnęli zdolność ataku z użyciem broni jądrowej na cele na terytorium Stanów Zjednoczonych2. Wydaje się jednak, że analizę możliwości radzieckich rakietowych pocisków balistycznych przeprowadzono na wyrost. Arsenał Moskwy musiałby być umieszczony w północnej części terytorium. Tam z kolei panowały bardzo trudne warunki atmosferyczne i szybkie przygotowanie pocisków do startu było przedsięwzięciem nader wątpliwym.

Tak czy inaczej, wraz z zakładanym wzrostem potencjału wroga zmieniało się myślenie strategiczne. Początkowo zakładano, że przyszły konflikt wymagał będzie użycia sił konwencjonalnych, a przewaga w arsenale jądrowym skutecznie zapobiegnie jakimkolwiek próbom jego wywołania. Rosnące zdolności Związku Radzieckiego do wykonania uderzenia jądrowego na terytorium Stanów Zjednoczonych, a następnie konwencjonalnego ataku na Europę Zachodnią stworzyły jednak nową sytuację, z którą należało sobie szybko poradzić, przynajmniej na poziomie planowania ogólnego.

Strategię zmasowanego odwetu nuklearnego po raz pierwszy przyjęto w 1953 roku. Dokument sygnowany pierwotnie przez Radę Bezpieczeństwa Narodowego USA świadczył o zachodzącej zmianie polityki nuklearnej. Potwierdzeniem był zapis o wykorzystaniu broni jądrowej na równi z każdą inną amunicją3. Faktyczna zmiana obowiązującej wówczas koncepcji strategicznej NATO to 1957 rok, cztery lata po jej przyjęciu przez Stany Zjednoczone. Nie ulega jednak wątpliwości, iż redefinicja podejścia do przyszłych działań wojennych miała charakter procesualny, to znaczy nie była spowodowana widzimisię ówczesnych przywódców, ale była logicznym następstwem zimnowojennej rywalizacji. Co więcej, dokonywała się w świadomości wszystkich członków sojuszu. Jako potwierdzenie można przytoczyć wypowiedź zastępcy dowódcy sił NATO w Europie, Bernarda L. Montgomery’ego, który w 1954 roku stwierdził, iż: „Nie powinno być żadnych wątpliwości, że my w dowództwie europejskim sojuszu opieramy planowanie na użyciu broni jądrowej i termojądrowej w celach obronnych. Dylematu nie stanowi już dłużej kwestia, czy mogą one być użyte, ale definitywne stwierdzenie, że będą użyte, jeśli zostaniemy zaatakowani. W istocie osiągnęliśmy punkt, od którego nie ma odwrotu jeśli chodzi o zastosowanie broni jądrowej i termojądrowej w warunkach gorącego konfliktu”4.

Doktryna „zmasowanego odwetu” opierała się na założeniu, że w przypadku jakiegokolwiek ataku Związku Radzieckiego na terytorium członków sojuszu NATO zareaguje użyciem broni jądrowej. Jest to oczywiście pewne uproszczenie – chodziło o potencjał konwencjonalny i nuklearny Stanów Zjednoczonych. Doktryna zmasowanego odwetu zakładała obrócenie w ruinę najważniejszych centrów dowodzenia, ośrodków wojskowych i gospodarczych w ciągu dwóch godzin5. Należy jednak zauważyć, że równocześnie przewidywano obronę strategicznie najważniejszych terytoriów, aby utrzymać zdolność dowodzenia. To one posłużyłyby do przeprowadzenia ataku na terytorium nieprzyjaciela.

Jednym z podstawowych celów, i być może sukcesów, doktryny było odstraszenie stron od podejmowania niepotrzebnego ryzyka. Nawet niewielka potyczka, przygraniczne starcia bądź konflikt o charakterze peryferyjnym mogły doprowadzić do wojny jądrowej. Jednocześnie doktryna „zmasowanego odwetu” pozwoliła członkom sojuszu skupić wysiłki na wzroście gospodarczym, a nie na utrzymaniu dużych konwencjonalnych armii6, co w analogii do lat dziewięćdziesiątych można by nazwać „pierwszą dywidendą pokoju”. W istocie miała cechy defensywne, ponieważ zmasowany atak miał mieć charakter odwetu, czyli mógł zaistnieć jedynie w przypadku wcześniejszego agresji ze strony Związku Radzieckiego. Przewaga funkcji obronnej ujawniła się jednak dopiero po wystrzeleniu przez Sowietów Sputnika. Wtedy zrozumiano, iż Nowy Jork lub Waszyngton mogą znaleźć się liście miast zagrożonych atakiem nuklearnym7. Początkowo zdolności Związku Radzieckiego były skromne, testy międzykontynentalnych pocisków balistycznych miały znaczenie psychologiczne (nie strategiczne), zagrożenie miało zaś istnieć w umysłach amerykańskich polityków czy przeciętnych obywateli. Biały Dom nie mógł jednak pozwolić sobie na to, bycie zaszachowanym, dlatego – co warto podkreślić – zaakcentowano możliwość użycia przez sojusz broni nuklearnej już na początku konfliktu, nie czekając na atak z drugiej strony. Jednakże był to wyjątek od reguły defensywnego charakteru tejże doktryny.

Rada Północnoatlantycka zatwierdziła tekst nowej strategii – część Dokumentu MC 14/2 – w maju 1957 roku. Zawierał zarówno elementy ciągłości, jak i zmiany. Te pierwsze podkreślały fundamentalne znaczenie wspólnej obrony i wspólnych wartości, wzajemnych konsultacji, rozwijania szerokiej współpracy poza polityką i wojskowością. Jednocześnie podkreślono integracyjny charakter koncepcji strategicznej, a także jej obronny charakter. Elementem zmiany było wkomponowanie wizji zmasowanego jądrowego odwetu w rzeczywistą rozgrywkę między Zachodem a Moskwą. Zastrzeżono przy tym, że stanowi ona tylko jedno z możliwych wyjść. Za główny czynnik prowadzący do zwycięstwa uznano zdolność sojuszu do przeprowadzenia natychmiastowego i niszczącego ataku na terytorium nieprzyjaciela z wykorzystaniem broni nuklearnej, przy jednoczesnym zachowaniu zdolności do obrony terytorium państw NATO8.

W kwietniu 1954 roku w toku negocjacji nad zastosowaniem amerykańskiej koncepcji w ramach sojuszu wprowadzono pewną modyfikację. Na sesji Rady Północnoatlantyckiej w Paryżu zadecydowano o wzmocnieniu przyszłej strategii przez wprowadzenie możliwości użycia taktycznej broni jądrowej. Głowice o mniejszym ładunku nie stanowiłyby siły mogącej dokonać uderzenia wyprzedzającego, ale mogłyby zrównoważyć radziecką przewagę w siłach konwencjonalnych. I tak w skład sił NATO w Europie weszły amerykańskie jednostki uzbrojone w broń tego rodzaju. Rozmieszczenie taktycznej broni nuklearnej i głowic średniego zasięgu w RFN, Wielkiej Brytanii i Włoszech okazało się tańsze dla administracji Eisenhowera niż zwiększenie liczebności amerykańskich sił konwencjonalnych w Europie.

Podobnie jak wcześniejsze koncepcje, strategia z 1957 roku była nieelastyczna. Już w drugiej połowie lat pięćdziesiątych zauważono, że nie przystaje do mniejszych konfliktów, które nie wymagają użycia broni nuklearnej. Stało się to największym problemem w ówczesnym planowaniu na poziomie strategicznym. NATO, biorąc pod uwagę wartość i znaczenie opinii publicznej, nie mogłoby użyć broni atomowej w celu neutralizacji konfliktu peryferyjnego. Członkowie sojuszu stawali więc przed sztywnym wyborem: rozpętać wojnę nuklearną bądź nie robić nic. Jak działała strategia zmasowanego odwetu, świat przekonał się podczas rewolucji na Węgrzech. Użycie broni atomowej w tamtej sytuacji było nie do pomyślenia, a nie istniały mechanizmy, które pozwoliłyby elastycznie reagować przeciwko komunistycznym zapędom. Do tego doszły inne wydarzenia, takie jak drugi kryzys berliński i kryzys rakietowy na Kubie. Charakter tych konfliktów nie wymagał rzucania do walki wszystkich sił, ale jedynie wymagał elastyczności w działaniu. Na kolejną wojnę światową – którą z pewnością pociągnęłoby za sobą uderzenie nuklearne – Zachód nie był gotowy.

Ponadto skuteczność doktryny zależała od przewagi w liczbie głowic nuklearnych i środkach jej przenoszenia. Mimo problemów ze skopiowaniem rozwiązań z amerykańskich bombowców i trudności przy programie rakietowym Rosjanie od 1949 roku zaczęli gonić Amerykanów w nuklearnym wyścigu. Na początku lat pięćdziesiątych Stany Zjednoczone miały niekwestionowany monopol nuklearny, dysponując 640 głowicami. Dla porównania: Związek Radziecki, który pierwszej udanej próby jądrowej dokonał w 1949 roku, w tym samym czasie posiadał zaledwie 25 głowic. Polityka prezydenta Eisenhowera, dążącego do utrzymania amerykańskiej supremacji nuklearnej, przyniosła jeszcze większe dysproporcje. W 1959 roku supermocarstwo zza oceanu posiadało już 15 468 głowic, czyli piętnastokrotnie więcej niż Sowieci, którzy dysponowali wówczas 1060 głowicami9.

Jak już wspomniano, punktem zwrotnym w myśleniu o przyszłej konfrontacji ze Związkiem Radzieckim był 1957 rok i wystrzelenie w kosmos pierwszego sztucznego satelity – Sputnika. Jasne stało się wówczas, że Związek Radziecki posiada międzykontynentalną rakietę balistyczną. Oznaczało to zdolność osiągnięcia terytorium Stanów Zjednoczonych przez pociski wystrzelone z terytorium sowieckiego.

Wtedy też rozpoczęto dyskusję na temat nowej doktryny, która charakteryzowałaby się większą elastycznością i według której przyszły konflikt wymagałby stopniowego użycia sił zbrojnych, aż do potencjału nuklearnego. W marcu 1961 roku John Fitzgerald Kennedy zaproponował tak zwaną koncepcję trzystopniowego użycia sił zbrojnych NATO, kładąc podwaliny pod „doktrynę elastycznego reagowania”. Stanowiło to znaczną zmianę w amerykańskiej polityce i strategii w stosunku do czasów administracji Eisenhowera. Tak zwana New Look Policy zakładała równouprawnienie sił konwencjonalnych i nuklearnych, a ich użycie uzależniała od stopnia zaawansowania starć zbrojnych. W przypadku konfliktu o małej skali nastąpić miało związanie przeciwnika siłami konwencjonalnymi w Europie, bez wykorzystania taktycznej broni jądrowej (pierwszy etap). Następnie w miarę eskalacji konfliktu dozwolone było jej użycie, czyli operowanie głowicami jądrowymi na poziomie teatru działań wojskowych. Trzecim etapem było wprowadzenie do walki nuklearnych sił strategicznych w celu zadania ostatecznego ciosu10.

Tym samym prezydencka dyrektywa z marca 1961 roku była pierwszą próbą doprowadzenia do renesansu sił konwencjonalnych. Przede wszystkim celem było jednak znaczne podwyższenie progu, przy którym zasadne miało być użycie strategicznej broni jądrowej. Nie oznaczało to porzucenia odstraszania nuklearnego, nie było również formalnej zmiany strategii, jedynie pewien etap przejściowy, który pozostawiał o wiele więcej możliwości11. Nadal funkcjonowała strategia zmasowanego odwetu, którą poszerzono o bardziej elastyczne rozwiązania, pozwalające na reagowanie w zależności od skali zagrożenia ze strony Związku Radzieckiego bądź od charakteru konfliktu. NATO uzyskało wówczas więcej możliwości reakcji niż całkowita bierność lub angażowanie się w konflikt nuklearny.

Raport Trzech

Na osobną uwagę zasługuje raport w sprawie pozawojskowej współpracy w NATO przygotowany przez Halvarda Langego, Geatana Martino i Lestera B. Pearsona, ministrów spraw zagranicznych odpowiednio Norwegii, Włoch i Kanady. „Raport Trzech” (Mędrców) wskazywał, że dla istnienia sojuszu jako wspólnoty atlantyckiej nie wystarczy ścisła współpraca w kwestiach polityki wojskowej i wspólnej obrony. Rozszerzenie współpracy na inne dziedziny było głównym problemem, którym zajmowali się szefowie dyplomacji, natomiast jednym z bardziej symbolicznych powodów powołania Komisji Trzech była chęć wyciągnięcia ręki do państw, które dotychczas pomijano w toczących się konsultacjach przy podejmowaniu ważniejszych decyzji. Zapewniało to szybkie osiągnięcie konsensusu, lecz kraje o mniejszym potencjale były wyraźnie niezadowolone z niektórych decyzji podejmowanych w łonie sojuszu bądź inaczej wyobrażały sobie zakres jego działalności.

Kanadyjczycy żywili przekonanie, że NATO powinno być czymś więcej niż wyłącznie paktem wojskowym. Wyprzedzając epokę, widzieli w nim swojego rodzaju wspólnotę bezpieczeństwa. Dlatego zdecydowany nacisk położono na interpretację Artykułu 2. Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązującego sygnatariuszy do rozwijania pokojowych i przyjacielskich stosunków międzynarodowych, a także do eliminowania konfliktów gospodarczych. Ta nadmierna integracja w ramach sojuszu wywoływała pewien opór Amerykanów, z czasem przystał jednak na nią (niechętnie) amerykański sekretarz stanu Dean Acheson.

Włosi nie kryli rozgoryczenia wykluczeniem ze Stałej Grupy Komitetu Wojskowego, zastrzeżonej dla przywódców sił zbrojnych Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Co więcej, włoscy przywódcy zdawali sobie sprawę z ludnościowego i terytorialnego potencjału swojego państwa. Niebagatelną rolę odgrywało położenie Włoch na południowej flance NATO, umożliwiające siłom sojuszniczym operowanie w regionie basenu Morza Śródziemnego.

Granicząca z ZSRR Norwegia zaś zwróciła się do Brytyjczyków i Amerykanów z prośbą o ochronę przed komunistycznym sąsiadem. Powstanie NATO przyjęto tam z większym entuzjazmem niż w innych państwach skandynawskich. Jednocześnie w interesie Norwegów było dalsze jego trwanie. Sprzeciwiali się jedynie wprowadzeniu na swoje terytorium jakichkolwiek jednostek NATO i broni atomowej12, obawiając się, że Sowieci wezmą na cel instalacje nuklearne lub inne bazy wojskowe, co zakłóci względny spokój w Norwegii.

Powołana w 1951 roku Komisja Trzech miała za zadanie wypracować zbliżenie państw NATO poprzez zaznaczenie wspólnych wartości kulturowych, ustrojowych i instytucjonalnych. Raport miał zespolić państwa członkowskie we wspólnotę bezpieczeństwa, która sięgnęłaby dalej niż potrzeba kolektywnej obrony13, i zmniejszyć napięcie wśród mniejszych państw sojuszu. Impulsem do jej tworzenia była chęć przeciwstawienia się radzieckiej ofensywie gospodarczej i społecznej, która za czasów Chruszczowa uzyskała prymat nad zastraszaniem wojskowym. Ton podjętym działaniom nadawał amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles, który wydawał oświadczenia, że Stanom Zjednoczonym zależy na rozszerzeniu funkcji NATO w obszarach pozawojskowych14. Należy to uznać za dużą woltę w amerykańskim stanowisku, jeszcze nie tak dawno tamtejsi przywódcy nie myśleli bowiem o głębszej integracji członków w obszarach innych niż polityczno-wojskowe.

W dokumencie potwierdzono potrzebę kolektywnej obrony i odstraszania (solidarności i siły), co miało stanowić fundamenty przyszłej współpracy. Twórcy „Raportu Trzech” sugerowali jednak również rozwój wzajemnych konsultacji niezwiązanych bezpośrednio z kwestiami obronnymi. Zalecano przede wszystkim zintensyfikowane kontakty w sprawie koordynacji polityk zagranicznych, aby uczynić z sojuszu jeden silny organizm15. Efektem pracy było wezwanie do bardziej intensywnej współpracy politycznej. Sugerowano, że zwielokrotnienie wysiłków pozwoli poradzić sobie z rosnącym zagrożeniem paramilitarnym ze strony Związku Radzieckiego, a równocześnie – przez przyznanie każdemu członkowi prawa do wnoszenia pod obrady każdej sprawy mogącej potencjalnie dotyczyć całego NATO – sojusz stanie się bardziej odporny na kryzysy i nieporozumienia. Dokument wzywał ponadto do powstrzymania się od działań niekorzystnych dla innych członków, co budowałoby atmosferę wzajemnego zaufania i tworzyłoby podwaliny pod konstrukcję prawdziwej wspólnoty, nie tylko interesów, ale także wartości.

Bezpośrednie skutki prac trzech mędrców nie pojawiły się szybko. W praktyce weszły jedynie do dwóch dziedzin. Pierwszym namacalnym skutkiem było stworzenie Programu Naukowego NATO, promującego przedsięwzięcia oparte na współpracy i stymulujące wymianę międzynarodową. Drugą płaszczyzną była działalność informacyjna wśród członków sojuszu przez powołanie krajowych urzędników do spraw informacji i opracowanie strategii informacyjnych16.

Wpływu „Raportu Trzech” nie należy deprecjonować, inicjatywa wzmacniania sojuszu od wewnątrz przyniosła bowiem wyraźne skutki dopiero w czasie późniejszym. Wydaje się, że bez impulsów z lat pięćdziesiątych niemożliwe byłoby przetrwanie upadku Związku Radzieckiego. Maksymę mówiącą, iż nic nie jednoczy bardziej niż wspólny wróg, w pewnym sensie podważono. Sojusz przetrwał ten trudny czas, a nawet rozszerzył zakres działania i przyjął nowych członków. Początkowo trudno było jednak wypatrywać realnych korzyści z prac Trzech Mędrców. Dokument opublikowany około sześciu tygodni przed brytyjsko-francuską inwazją na Egipt najwyraźniej w żaden sposób nie wpłynął na najtęższe umysły ówczesnych państw członkowskich, ale ukazał potrzebę wzajemnych konsultacji na szczeblu politycznym w znacznie szerszym gronie. Późniejsze działania Charles’a de Gaulle’a (propozycja triumwiratu) i kryzys rakietowy na Kubie stały się daleko idącym odstępstwem od sugestii ministrów spraw zagranicznych Kanady, Norwegii i Włoch.

Kryzys sueski

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych znacznie zmalała rola Wielkiej Brytanii i Francji, które przestały odgrywać jakąkolwiek rolę w światowym klubie wielkich mocarstw. A sposób, w jaki się o tym przekonały, był bardzo bolesny. System międzynarodowy ewoluował i stał się bipolarny. W zasadzie nie było miejsca dla innych podmiotów, a stosunki międzynarodowe ogniskowały się wokół dwóch ówczesnych superpotęg. Inne państwa, uczepione jednej bądź drugiej strony, miały jedynie charakter satelicki. Momentem zwrotnym, który ujawnił osłabienie znaczenia francuskiej i brytyjskiej pozycji w NATO, był kryzys sueski. Rozpaczliwa próba ratowania swoich wpływów przez niegdysiejsze potęgi kolonialne zakończyła się fiaskiem przy wydatnym udziale Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego, które zdecydowanie opowiedziały się przeciw francusko-brytyjskiej interwencji.

Zbrojna agresja rozpoczęła się 29 października 1956 roku. Wcześniej w Egipcie doszło do szeregu wydarzeń, które godziły w brytyjsko-francuskie interesy w strefie Kanału Sueskiego i pośrednio zagrażały Izraelowi. Wielka Brytania i Francja postanowiły więc wykorzystać niechętną państwu izraelskiemu politykę Egiptu, który w 1949 roku, biorąc odwet za przegraną wojnę, zamknął Kanał Sueski dla izraelskiej żeglugi i zablokował rejon Zatoki Akaba wbrew postanowieniom konwencji konstantynopolskiej z 1888 roku, według której Kanał stał się neutralną strefą pod kontrolą brytyjską. Ze względu na niebagatelne znaczenie sprawę skierowano do Rady Bezpieczeństwa, która uchwaliła rezolucję wzywającą Egipt do otwarcia kanału. Jak się można było przekonać, nie wywarła ona wielkiego wpływu na egipskie działania.

Powyższe kwestie stanowiły jednak tylko pośrednie przyczyny kryzysu sueskiego. Wykorzystano je jako katalizator. Egipt anulował układ egipsko-brytyjski z 1936 roku, a wojska brytyjskie musiały opuścić strefę Kanału Sueskiego. Czarę goryczy przelały decyzje Gamala Abdela Nasera dotyczące nacjonalizacji Kanału. Uzyskane pieniądze miały posłużyć do budowy Tamy Asuańskiej. Początkowo nie przewidywano tak drastycznych kroków, jednak sytuacja uległa zmianie, gdy Egipt uznał państwowość Chińskiej Republiki Ludowej. Stany Zjednoczone wycofały poparcie, a zatem i środki finansowe, które miały przeznaczyć na budowę. Nacjonalizacja Międzynarodowego Towarzystwa Kanału Sueskiego stała się bezpośrednią przyczyną francusko-brytyjskich działań połączonych z operacją Izraela17. Duma wielkich niegdyś mocarstw została urażona i wojna o utrzymanie wpływów nad Kanałem stała się faktem. Izrael zaś stał się jedynie marionetką w rękach Brytyjczyków i Francuzów. Należy jednak zauważyć, że właśnie państwo żydowskie okazało się zwycięzcą konfliktu pod względem strategicznym – zniszczyło bazy fedainów w Strefie Gazy i na Synaju, a także pozbawiło armię egipską zdolności do uderzenia na Izrael.

Wielka Brytanię i Francję upokorzyły działające po raz pierwszy wspólnie dwa supermocarstwa. Po rozpoczęciu działań wojskowych prezydent Eisenhower ostrzegł Wielką Brytanię przed dalszym zaangażowaniem, grożąc sprzedażą amerykańskich rezerw funta szterlinga, co skutkowałoby załamaniem się brytyjskiej waluty. Ogłoszenie przez Arabię Saudyjską embarga na dostawy ropy naftowej do Wielkiej Brytanii i Francji postawiało oba państwa w jeszcze trudniejszej sytuacji, dodatkowo pogorszoną przez Amerykanów, którzy odmówili uzupełnienia braków w dostawach paliwa do czasu szybkiego wycofania wojsk brytyjskich i francuskich z Egiptu. Związek Radziecki zagroził nawet użyciem broni atomowej przeciwko Londynowi i Paryżowi18. Należy to raczej potraktować jako ciekawostkę, tamtejsi przywódcy doskonale zdawali sobie sprawę z konsekwencji takiego posunięcia i z pewnością by się na to nie zdecydowali.

Wydarzenia kryzysu sueskiego doprowadziły do ochłodzenia w stosunkach transatlantyckich. Jakkolwiek w przypadku Wielkiej Brytanii było to jedynie przejściowe, tak na Francuzów wywarło o wiele większy wpływ. Stało się to jedną z przyczyn późniejszego wystąpienia ze struktur militarnych sojuszu. Francja nie chciała pogodzić się z amerykańską pozycją supermocarstwa. Mając za przywódcę polityka o wielkiej charyzmie, nie obawiała się powiedzieć „nie” amerykańskiej dominacji. Strategicznie rzecz ujmując straciły na tym obie strony. NATO utraciło dos­tęp do francuskich terytoriów pod względem wojskowym, co bardzo mocno oddzia­ływało na pozycję strategiczną w potencjalnym konflikcie pomiędzy blokami militar­nymi. Natomiast Francja została w zasadzie wyłączona ze współpracy wojskowej, tracąc przy tym szanse na zachowanie interoperacyjności z siłami zbrojnymi innych państw członkowskich. Ponadto w latach 90. okazało się, iż Francja nie spełnia wymagań stawianych przez natowskie STANAGI, co było ewidentną konsekwencją opuszczenia struktur militarnych.

Przypisy

1. Robert Kupiecki, Siła i solidarność. Strategia NATO 1949–1989, Warszawa 2009, ss. 116–117.

2. Tamże, s. 136.

3. Tamże, s. 138.

4. Tamże, s. 141.

5. Massive Retaliation, www.nuclearfiles.org [dostęp 17 marca 2013 r.].

6. A short history of NATO, www.nato.int [dostęp 17 marca 2013 r.].

7. Massive Retaliation, op.cit., [dostęp 17 marca 2013 r.].

8. Robert Kupiecki, Siła i solidarność. Strategia NATO 1949–1989, Warszawa 2009, ss. 143–149.

9. Robert S. Norris, „Global nuclear stockpiles, 1945–2006”, Bulletin of the Atomic Scientists, Vol. 62, No. 4 July/August 2006, ss. 64–66.

10. NATO’S Strategy Of Flexible Response And The Twenty-First Century, globalsecurity.org [dostęp 27 marca 2013 r.].

11. Robert Kupiecki, op.cit., ss. 175–176.

12. „Raport Trzech Mędrców”: 50 lat później, www.nato.int [dostęp 21 marca 2013 r.].

13. Robert Kupiecki, op.cit., s. 128.

14. „Raport Trzech Mędrców”: 50 lat później, op.cit., [dostęp 21 marca 2013 r.].

15. Robert Kupiecki, op.cit., s. 128.

16. „Raport Trzech Mędrców”: 50 lat później, op.cit., [dostęp 21 marca 2013 r.].

17. Najnowsza historia świata 1945–1995, (red.) Artur Patek, Jan Rydel, Janusz Józef Węc, s. 344.

18. Kennett Love: Suez: The Twice-Fought War. Nowy Jork: McGraw Hill, 1969, s. 651.