Wydawnictwo Znak jest ponad wszelką wątpliwość jednym z największych i najlepszych na polskim rynku. Osobiście darzę krakowski publishing house szczególną sympatią, gdyż publikuje książki nie tylko świetne w swej istocie i równie świetnie przygotowane, ale też będące dziełami moich ulubionych pisarzy (ot, choćby J.M. Coetzee – a raczej przede wszystkim on). Dlatego też książkę „Moskwa 1941” Rodrica Braithwaite’a recenzowałem bardzo długo; choć przeczytałem ją bardzo szybko, po zakończeniu lektury zmłóciłem dwie powieści oraz inną recenzję. Chciałem bowiem mieć pewność, że gdy wraz notatkami z czytania zasiądę do pisania tej recenzji, którą właśnie czytacie, umysł mój będzie wolny od skażenia jakąkolwiek chęcią pobłażliwego potraktowania książki. I wiecie co? Śmiem twierdzić, że mi się to udało.

Wyjaśniwszy wszystko

Nie w tym jednak rzecz, że miałbym szczególne powody do krytykowania „Moskwy 1941”. Autor książki, pochodzącej z tej samej serii wydawniczej co recenzowana u nas „Europa walczy” profesora Normana Daviesa czy „Stalingrad” Antony’ego Beevora, sir Rodric Braithwaite, sroce spod ogona na pewno nie wypadł. 77-letni Brytyjczyk to doświadczony dyplomata, który w trakcie długiej i owocnej kariery trafił przede wszystkim do Moskwy jako ambasador, a czas jego urzędowania przypadł na skrajnie newralgiczny okres rozpadu ZSRR; służył jednak także w Indonezji, we Włoszech i w Polsce.

Ponadczterystustronicowe dzieło oparł na cytatach, na zaczerpniętych z różnych źródeł wypowiedziach zwyczajnych moskwian, przedstawicieli różnych zawodów i różnych poglądów na jedyny słuszny ustrój, co zresztą odpowiada oryginalnemu podtytułowi (do tej kwestii wrócimy jeszcze poniżej). Jest to stosunkowo nowe podejście do opisywania historii, nie z perspektywy wielkich dowódców i ich wielkich bitew, ale przede wszystkim z perspektywy zwykłych żołnierzy, zwykłych ludzi, a jeżeli już dowódców, to niższego szczebla. Nie brakuje jednakże, obok wątków osobistych, także wątków bardziej jednoznacznie militarnych – na przykład cały rozdział poświęcony jest niemieckim nalotom na radziecką stolicę i jej obronie powietrznej, chociaż i tu z oczywistych względów nie dało się uniknąć osobistych wspomnień.

Praca sir Rodrica ma charakter zdecydowanie bardziej naukowy od wspomnianej wyżej ostatniej książki Normana Daviesa. O ile bowiem „Europa walczy” ma śladową ilość przypisów, o tyle „Moskwa 1941” ma na prawie każdej stronie co najmniej jeden, a na wielu cztery czy pięć. Jest to korzystne nie tylko z perspektywy wiarygodności tej pozycji, ale i służyć może jako wsparcie dla każdego, kto chciałby zagłębić się w temat i przeprowadzić własne badania.

Trudno mi jednak wyobrazić sobie bardziej wartościową pracę na temat „mieszkańcy Moskwy w czasie II wojny światowej”. Dłuższą – oczywiście, ale byłaby to w moim odczuciu książka przegadana, rozbudowana ponad potrzebę. U sir Rodrica pozna Czytelnik właściwie każdy typ moskwianina. Dowie się o losie i kobiet, i mężczyzn, tych, co zostali w mieście, ewakuowanych na wschód i wysłanych na front. Spośród tych ostatnich najbardziej przejmujące okazują się losy żołnierzy wziętych do niewoli przez Wehrmacht. Czekał ich bowiem obóz jeniecki (o ile nie zastrzelenie na miejscu), a następnie albo wstąpienie do Armii Własowa i podobnych, mniejszych jednostek (tu zaś albo śmierć w bitwie, albo po wojnie i procesie z oskarżeniem o zdradę), albo zgnicie (często dosłowne z powodu gangreny) w tymże obozie, albo też ucieczka przez front do swoich – a tam sąd wojenny za poddanie się i rozstrzelanie, łagier lub karna kompania.

Dla Czytelnika mającego w głowie obraz bezwzględnie podporządkowanego i zdyscyplinowanego społeczeństwa Rosji Stalina poruszające będą także opisy stanu na granicy anarchii, w jakim znalazła się Moskwa, gdy Wehrmacht był już o rzut beretem. Nie zdziwią go za to prawdopodobnie, ale z pewnością zaszokują, opisy wielkiego głodu i skrajnej nędzy, w jakiej pogrążyła się Moskwa na przełomie lat 1941 i 1942.

Podzieloną na siedemnaście rozdziałów treść uzupełnia wkładka z kredowego papieru zawierająca kilkadziesiąt zdjęć, pokazujących tak cywilne, jak i wojskowe strony życia w walczącej Moskwie. Często spotykam się z opiniami, iż jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie od rozrzucania pojedynczych fotosów na przestrzeni całej książki, gdyż owo rozrzucenie jakoby rozprasza czytelnika, który koncentruje się na zdjęciach, a nie na treści. Zarzut taki wydaje mi się co najmniej śmieszny, a zgrupowanie zdjęć we wkładce pochwalam jedynie dlatego, że jeślibym kiedykolwiek potrzebował z książki właśnie fotografii, łatwiej będzie je znaleźć.

Kiedy konsultant potrzebuje konsultanta

Jak już wspomniałem na początku, ze Znakiem skojarzenia mam niemal wyłącznie pozytywne. Ale nie ma dymu bez ognia, a beczki cukru bez dziegciu. Czytelnicy nasi być może pamiętają jeszcze recenzję wspomnianej wyżej książki Normana Daviesa. Tam przyłapałem autorów świetnego skądinąd polskiego tłumaczenia – mówię „autorów”, bo stworzyli je, oprócz profesor Elżbiety Tabakowskiej, także korektorzy, weryfikatorzy, konsultanci et caetera – na kilku naprawdę głupich wpadkach. Uzbrojone w rakiety samoloty Hawker Typhoon stały się wyrzutniami rakietowymi, krążownik liniowy – pancernikiem, a potem znalazło się jeszcze pomylenie barki desantowej z… lotniskowcem.

„Moskwę 1941” tłumaczyła pani Magdalena Komorowska i też nie ustrzegła się potknięć. Za absolutnie skandaliczne uważam twierdzenie, iż w Hiszpanii użyto sowieckich samolotów typu… Ił-15 i Ił-16! Zresztą tłumaczka ma jakiegoś pecha do lotnictwa.

Na stronie 236 pisze bowiem o samolotach Aircobra, podczas gdy nazywały się Airacobra, a jeszcze w tej samym wersie o „szwadronach” Hurricane’ów. Szwadron tymczasem to może być w kawalerii, podczas gdy w lotnictwie mamy dywizjony i eskadry. No bo przecież No. 303 Squadron to Dywizjon 303, a nie Szwadron. Prawda?

Po zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, iż to nie tłumaczkę należy winić. Osoba tłumacząca nie ma bowiem obowiązku być ekspertem od wszystkiego i po to właśnie dostaje do pomocy redaktorów, korektorów, a przede wszystkim konsultantów. Zwróćcie uwagę, proszę, iż zarówno „Europa walczy”, jak i „Moskwa 1941” nie są wolne od – nielicznych na szczęście – drobnych, ale zarazem kompromitujących potknięć, podobnych zresztą w naturze, dowodzących nieznajomości podstaw historii wojskowości.

Co łączy obie książki? Nie osoba tłumaczki, bynajmniej. Ale osoba konsultanta – już tak. I tam, i tu wydawnictwo Znak powierzyło tę funkcję Piotrowi Mikietyńskiemu z Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorowi nauk humanistycznych w zakresie historii, ze specjalnością historia wojskowa. Cóż… O ile nie wątpię w kompetencje dra Mikietyńskiego w zakresie jego rozprawy doktorskiej, skądinąd ciekawej, o tyle niech każdy sam sobie odpowie na pytanie o ogólną wartość historyka wojskowości nieodróżniającego lotniskowca od barki desantowej, samolotu od wyrzutni rakietowej, a Polikarpowa od Iljuszyna.

Na szczęście do kwestii językowych zasadniczo nie mogę się przyczepić, choć tradycyjnie już irytuje mnie nazywanie filmów „obrazami” (wątpiących w słuszność takiego zarzutu pozwalam sobie odesłać do „Wielkiego słownika poprawnej polszczyzny” pod redakcją profesora Andrzeja Markowskiego). Korekta też zaliczyła parę potknięć, jednak zupełnie drobniutkich, a czasem nawet śmiesznych („Orzech okazał się […] zbyt twardy orzechem do zgryzienia” – strona 248). A skoro już o tłumaczeniu była mowa, wrócę jeszcze, jak obiecałem, do tytułu. Otóż w oryginale podtytuł brzmi „A City and its People at War”, co dosłownie przetłumaczyć by można jako „Miasto i jego ludność na wojnie”. Tymczasem w Polsce „Moskwa 1941” ukazała się z podtytułem „Największa bitwa II wojny światowej”. Jest to jak najbardziej zgodne z prawdą – autor tłumaczy to na początku pierwszego rozdziału – ale nie do końca zgodne z treścią książki. Może na wzór Daviesa: „Miasto i jego mieszkańcy walczą”?

Warto?

Jeżeli Czytelnikowi podoba się styl Normana Daviesa, z pewnością przypadnie mu do gustu również styl Braithwaite’a, może nie tak bardzo artystyczny, ale nie ustępujący mu erudycją (tu z kolei ukłony w kierunku tłumaczki). Autor niejednokrotnie zaskoczy Czytelnika, czasem nawet rozbawi, ale niech każdy ma świadomość, iż jest to książka bardzo smutna. Nikomu w naszym kraju nie trzeba chyba tłumaczyć, jaka była natura systemu stalinowskiego, ale od wiedzy ogólnej do szczególnej bardzo w tym przypadku daleko, zwłaszcza że w czasie wojny okoliczności były – jak by to powiedzieć… – co najmniej wyjątkowe.

„Moskwa 1941” to wspaniałe źródło informacji o radzieckiej stolicy w krytycznej drugiej połowie tamtego roku. Niech Czytelnik jednak pamięta, że nie jest to książka o wojsku. Jest to książka o ludziach; także, ale nie przede wszystkim o żołnierzach. Dla zainteresowanych II wojną światową i historią Rosji lektura bardziej niż obowiązkowa.