Zanim zająłem się recenzowaniem książek w tym serwisie, wiedzę o wydawnictwach uważałem za zbędną. Nazwy tak znane jak choćby Rebis były mi zupełnie obce. Ale jednak jakieś tam wydawnictwa kojarzyłem – i to nie tylko te od podręczników szkolnych. Taki niewątpliwy zaszczyt spotkał między innymi Fabrykę Słów, wydającą fantastykę, która bardzo przypadła mi do gustu. Dlatego też, kiedy Góra poinformowała mnie, że być może pojawi się możliwość zrecenzowania książki właśnie z tego lubelskiego wydawnictwa, byłem absolutnie zachwycony i wiedziałem, że cokolwiek to będzie, czy to powieść, czy zbiór opowiadań, obojętnie którego autora, musi trafić do mnie.
Chociaż z drugiej strony trochę się też niepokoiłem. Fabryka Słów zajmuje się przecież, jak wspomniałem, fantastyką. Czegoś takiego jeszcze w naszym serwisie nie było, nawet jeśli mieliśmy się zająć tylko fantastyką militarną i historyczną. Ostatecznie to ja podjąłem decyzję: „Ryzykujemy.” Jeśli więc ktoś uważa, że fantastyka militarna nie powinna się pojawiać w Konfliktach Zbrojnych, pretensje proszę kierować pod moim adresem. Ale to nie tym razem, bo Apokalipsa według Pana Jana w żaden sposób nie kwalifikuje się do tego, co znamy jako fantasy. Nie ma elfów, nie ma hobbitów, barbarzyńców conanopodobnych, magii. Nie jest to też science fiction. W moim odczuciu mamy do czynienia z czystą, futurologiczną political fiction.
Książka Roberta J. Szmidta przedstawia Polskę w bliżej nieokreślonej przyszłości (niezbyt odległej jednak – wykorzystywane jest wciąż względnie współczesne uzbrojenie). Wykorzystując konflikt jądrowy w Azji i zaangażowanie weń, czy to militarne, czy polityczne, wszystkich mocarstw z Rosją i Stanami Zjednoczonymi na czele, nasi politycy postanawiają podciągnąć trochę słupki poparcia, odbierając Ukrainie Lwów. Nasi wschodni bracia, nie mając innego wyjścia, sięgnęli po zachomikowane od czasów ZSRR głowice jądrowe. I tak w kilka godzin dalekowschodnia apokalipsa przerodziła się w apokalipsę ogólnoświatową.
Początek fabuły obserwuje czytelnik z perspektywy ludzi, których wybrano na mieszkańców ukrytego pod Ślężą ściśle tajnego podziemnego kompleksu o nazwie Bastion (czyżbym słyszał znaczące chrząknięcie Stephena Kinga?), aby tam przeczekali nadchodzącą nawałnicę nuklearną. Po dwóch latach izolacji wychodzą na powierzchnię, by szukać ocalałych, ocenić zniszczenia, spróbować odtworzyć zdewastowane państwo. Pierwsi zwiadowcy skierowali się oczywiście do pobliskiego Wrocławia, gdzie wśród ruin znaleźli biedną, pełną umierających na chorobę popromienną, ale zorganizowaną społeczność pod przywództwem niejakiego Pana Jana, przed wojną średnio wpływowego polityka. Wkrótce zostają – na jego rozkaz – zabici. Kiedy do Wrocławia przybywają regularne oddziały wojskowe, zaczyna się gra o władzę, gra, w której oczywistym faworytem jest Pan Jan. Ale czy naprawdę wygra? Za jaką cenę? Czy poradzi sobie z podobnym ośrodkiem państwowości rozwijającym się w Poznaniu oraz z innymi, póki co nieoczekiwanymi, zagrożeniami?
Pod względem fabuły mamy do czynienia z ciekawą, choć nieoryginalną książką wykorzystującą motyw świata postapokaliptycznego. Coś mi mówi, że pan Szmidt był (a może i wciąż jest) namiętnym graczem w Fallouta, a do tego ma za sobą lekturę co najmniej jednej powieści Stephena Kinga – Bastionu właśnie. Siłą powieści jest to, że akcja rozgrywa się w realiach stuprocentowo polskich i, jak już wspomniałem, niezbyt odległych w czasie. Nie ma mechów i energolaserów. Nasi żołnierze mają lub odnajdują czołgi Twardy 2, śmigłowce Sokół 2, samoloty F-16, a bodaj najnowocześniejszym uzbrojeniem przechowywanym w Bastionie są bliżej nieopisane samobieżne wyrzutnie rakiet SOW.
Tu jednak pojawia się pewien zgrzyt historyczny, który przeszedłby może niezauważony w portalu literackim, ale – noblesse oblige – nie u nas. Obecne wydanie powieści Szmidta jest wznowieniem książki sprzed pięciu lat, więc dla dobra autora przyjmijmy, że na potrzeby nowej edycji treść nie uległa zmianie ani o jotę, choć powinna była. Otóż w pewnym momencie pojawiają się amerykańskie myśliwce F-22 Raptor (z oczywistych względów nie zdradzę, w jakim charakterze). Jeden z bohaterów mówi o nich: Nie wyprodukowano do Ataku więcej niż dwadzieścia egzemplarzy tego myśliwca. Powiedzmy, że Atak następuje dziś. Otóż obecnie, jesienią roku 2008, US Air Force ma do dyspozycji 122 Raptory. Już w roku 2004 przekroczono liczbę pięćdziesięciu maszyn w służbie. Jeśli moment wyprodukowania Raptora numer 20 oraz rok 2003 przyjąć za punkty odniesienia, trzeba przyznać, że nasi inżynierowie wykazali się fasycynująco nierealnym tempem pracy. Razem z Raptorami pojawiają się zresztą Nighthawki. Nie trzeba chyba dodawać, dlaczego w tym kontekście nazywanie tych drugich najnowocześniejszymi jest ciut nie na miejscu.
Tworząc postaci, autor wykazał się bardzo nierówną formą. Z jednej strony mamy Pana Jana, który – jeśli pominąć niezupełnie naturalne dialogi – jest postacią bardzo ciekawą i niejednoznaczną, Czytelnik poznaje go aż do dosłownie ostatniej strony powieści, cały czas niepewny, czy Pan Jan pozostaje polityczną świnią – tą samą, którą był przed wojną – czy też wojna zmieniła go w męża stanu, jedynego pozostającego obecnie do dyspozycji narodu polskiego. A może w jego umyśle zaszła jeszcze inna zmiana?
Z pozostałymi postaciami jest jednak gorzej, czasem wręcz tragicznie. Większość to ludzie niby wiarygodni, ale denerwująco nieskomplikowani, lecz wszelkie granice przyzwoitości autor pokonał, tworząc (i szybko uśmierając) arcybiskupa Zaczyka. Doprawdy, najwierniejsi czytelnicy Faktów i mitów nie wymyśliliby hierarchy tak aroganckiego i pazernego. Gdyby jednak, to im – ze względu na wiadomy charakter FiM – uszłoby to na sucho. Tu zaś mamy do czynienia z powieścią i postaci wypada oceniać według standardów powieściowych. No to oceniam: abp Zaczyk jest postacią tak płaską jak asfalt niemieckiej autostrady. A co gorsza, nie znajduję żadnego uzasadnienia dla umieszczenia w fabule tak karykaturalnej istoty. Propaganda antyklerykalna? Jeśli tak, to najżałośniejsza w historii antyklerykalizmu. Akcent humorystyczny? Jeśli tak, to autor ma niepokojące poczucie humoru. Ucywilizowanie nowej władzy Wrocławia przez kontrast? Jeśli tak, lepiej to było osiągnąć innymi metodami, nie poprzez prymitywne ośmieszanie konkurencji.
Takich potknięć warsztatowych jest zresztą trochę więcej. Na przykład wspomniane już nie do końca wiarygodne dialogi, z których przebija sztuczność i wymuszony humor. Albo narracja pierwszoosobowa w pierwszym rozdziale prowadzona przez człowieka, który wraz z końcem rozdziału ginie. Na niekorzyść powieści przemawia także jednotorowe – tylko militarno-polityczne – ukazanie postapokaliptycznego społeczeństwa. Tu widać jeszcze jeden minus stworzenia takiego właśnie arcybiskupa. Stephen King w genialnym Bastionie skupił się na socjologicznych aspektach rozwoju społeczeństwa po zagładzie cywilizacji i wiele miejsca poświęcił roli Boga i religii. Pozostawienie przy życiu arcybiskupa i rozwinięcie jego postaci poza prymitywną karykaturę byłoby doskonałym pretekstem dla przeprowadzenia podobnej symulacji w naszych realiach. Scena likwidacji Zaczyka kończy się na okrzykach wznoszonych przez wrocławian, iż jest na tej ziemi jeden Bóg: Pan Jan. Jakiż to cudowny fundament dla rozwinięcia wątku religijnego…
Najgorsze jest jednak to, iż Apokalipsa według Pana Jana to w całości marzenia ściętej głowy. Sam też kiedyś układałem plany, jaka to potężna mogłaby być polska armia. Projektowałem (ekhm…) własne czołgi i samoloty dla naszych sił zbrojnych (jeden z czołgów nazywał się chyba właśnie Twardy 2), na co mam w redakcji KZ świadka. Problem w tym, że miałem wówczas jakieś dwanaście lat. Tworzyłem też plany bitew i wojen, w których raz na jakiś czas moim żołnierzom spadały z nieba (bywało, że dosłownie) dodatkowe maszyny, ludzie, zapasy, cokolwiek, byle tylko wygrali. Cieszę się niezmiernie, że nie ja jeden się tak zabawiałem, ale jednak do poważnego pisarza publikującego poważne książki w poważnym wydawnictwie należy stosować trochę inną miarę niż do ucznia gdańskiej podstawówki.
Wszystko to sprawia, że nie mogę wystawić Apokalipsie pozytywnej recenzji, ale też mimo wszystko polecam ją. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ze względu na treść jest wyjątkowa. A poza tym jest to gładka, przyjemnie napisana historia dla mało wymagającego czytelnika… albo nawet dla średnio wymagającego, ale wyposzczonego brakiem postnuklearnego fantasy. Ja sam, zaliczający się raczej do grupy bardzo niż średnio, mimo wszystkich niedociągnięć przeczytałem opowieść Szmidta szybko i z niejaką przyjemnością.